Chatka Baby Jagi

Przekroczenie granicy z Rosją poszło nam tym razem nadzwyczaj szybko. Zadowoleni ruszamy dalej w kierunku poznanego już wcześniej Murmańska. Jedziemy z mocnym postanowieniem, aby minąć to miasto i dojechać do jednej z miejscowości nad Morzem Białym, które wcześniej tylko objechaliśmy bokiem.

Znamy już ten rejon i wiemy, że zarówno z paliwem, jak również z kolacją może nie być łatwo. Zjeżdżamy do miasta Zapolyarny. To było wrażenie. Czuliśmy się jakby Marty McFly zabrał nas na przejażdżkę swoim wehikułem czasu.

Neony z lat pięćdziesiątych, portrety Lenina, wokół szare blokowisko i zapach przemysłu unoszący się w powietrzu. Olbrzymi plac w centrum tylko umocnił nas w przekonaniu, że czas się tu zatrzymał i mieszkańcy nadal są gotowi na zorganizowanie hucznej defilady z okazji pierwszego maja.

Niestety czas nie dla wszystkich się zatrzymał i w ten oto sposób znów nie możemy nigdzie kupić jedzenia, że o restauracji nie wspomnę.

Na głodniaka ruszamy dalej, jadąc przez ten sprawiający wrażenie mocno przemysłowego i zanieczyszczonego rejonu Rosji. Po obu stronach jezdni jedynie olbrzymie połacie pustkowia z widocznymi w tle hałdami. Na dodatek trwa chyba jeszcze jakiś pożar, bo gryzący dym unosi się nad tym ponurym krajobrazem.

Wręcz niewiarygodne jest to, że zaledwie tysiąc kilometrów dalej jest Karelia. Piękna i zielona kraina łącząca Rosję i Finlandię.

Wraz z obniżającym się słońcem dojeżdżamy do Murmańska. Na stacji paliw przy hotelu, gdzie kilka dni temu spaliśmy udało nam się kupić coś na kształt hot-doga oraz wodę. Ta racja żywnościowa musi nam wystarczyć na kolejne kilkaset kilometrów.

Wykorzystując postój dokonuję rezerwacji w hotelu, który jako jedyny w Kandałakszy ma całodobową recepcję. Jeszcze nie wiemy, jaka na nas tam czeka niespodzianka.

Wprawieni w jeździe motocyklem po pustych o tej porze rosyjskich drogach, do celu docieramy około drugiej w nocy. Okolica w której stoi nasz hotel przypomina zapomnianą część bieszczadzkiej wsi. Sam hotel to stojąca na nadmorskim zboczu chałupa ze skrzypiącymi drzwiami, graciarnią w garażu, nadzwyczaj dziwnym wystrojem i najbardziej zakręconą obsługą, jaką mieliśmy okazję kiedykolwiek widzieć. Dobrze, że mieli piwo, bo ciężko by było tu usnąć.

Śmiejąc się sami do siebie zasypiamy, by wczesnym rankiem doznać dodatkowych wrażeń. Zamówiliśmy śniadanie – tak, byliśmy tak głodni, że nawet stojące na środku stołówki wiadro na deszczówkę zupełnie nam nie przeszkadzało. Niestety na szwedzki stół nie było co liczyć. Zamówiliśmy jajka sadzone i parówki. O ile te pierwsze dało się zjeść, to parówki miały konsystencję na tyle zwartą, że nie robiły się płaskie leżąc na talerzu. Próba uniesienia tego „mięska” na widelcu była już wyzwaniem.

Czym prędzej ruszamy z tego dobytku w kierunku morza, aby zrobić sobie zdjęcie z motocyklami. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazuje się, że kilkaset metrów dalej jest marina i luksusowa restauracja goszcząca lokalną śmietankę towarzyską. Zabijamy smak śniadania pysznym, wczesnym obiadem. Tak wyglądają uroki podróży motocyklowych, czasem trzeba zapłacić frycowe. Po obiedzie ruszamy w kierunku Pietrozavodska i olbrzymiego jeziora Onega.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.