Czarnobyl – miejsce katastrofy 32 lata później

Pomysł wyjazdu do Czarnobyla zrodził się w jeden w czwartkowych wieczorów, kiedy to okoliczni motocykliści spotykają się na piwie. Miejsce jednej z największych katastrof XX wieku od zawsze budzi ciekawość. Setki historii prawdziwych i tych lekko zabarwianych od lat krążą po Internecie czy są pokazywane w różnych filmach dokumentalnych. Postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest naprawdę.

Arka

Wyjazd został zaplanowany na 19 maja tak, aby nie kolidował z wakacjami i stanowił jednocześnie mocne otwarcie sezonu motocyklowego. Dokumenty potrzebne do wjazdu do zamkniętej strefy załatwiła nam jedna z kijowskich agencji, a hotele zaklepałem przez booking.com z odpowiednim wyprzedzeniem z uwagi na zbliżające się finały Ligi Mistrzów.

Podzieleni na kilka grup ruszyliśmy w kierunku granicy w sobotni poranek. Podział sprawił, że jechało się sprawnie, a odprawa na granicy nie trwała wieki. Jak się później okazało grupy pojechały na różne przejścia graniczne, jednak udało się co niektórym spotkać tuż po odprawie.

Spod granicy ruszyliśmy większą ekipą, ale nie trwało to długo, bo jedna z nawigacji skierowała prowadzącego w drogę z zakazem (którego nie zauważył) i dalej przez wojskowy poligon. Na szczęście kojarzyłem tą trasę i kilku z nas pojechało właściwym szlakiem (bo trudno to było nazwać drogą) w kierunku Lwowa.
Późnym popołudniem spotkaliśmy się wszyscy a parkingu starego pałacyku przerobionego na hotel mieszczącego się na przedmieściach Lwowa. Wieczór spędziliśmy na lwowskiej starówce.

Parking we Lwowie

Do Kijowa ruszyliśmy rano, podzieleni na grupy wg czasu pobudki i wskazań alkomatów. Trasa do stolicy Ukrainy miło nas zaskoczyła jakością asfaltu. Trochę ponad pięćset kilometrów pokonaliśmy w standardowym, europejskim tempie, a może nawet ciut szybciej z uwagi na brak fotoradarów i przychylne oko Policji.
Zaskoczyła nas trochę wielkość Kijowa. Od tablicy oznajmującej wjazd do stolicy GPS pokazał jeszcze 29 kilometrów do hotelu znajdującego się w pobliżu centrum! Na tym etapie skończyło się rumakowanie (jak mawiał jeden słynny osioł). Wpakowaliśmy się w korek i pomimo jazdy motocyklem miedzy autami zmarudziliśmy ponad dwie godziny na przejechanie kilku kilometrów.

Z ulgą dotarliśmy wieczorem do naszego hotelu, skąd po zakwaterowaniu ruszyliśmy skosztować nocnego życia Kijowa. Za dnia miasto obejrzeliśmy dzień później.

Nadszedł wtorek – dzień wyjazdu do Czarnobyla. Trochę ciężko było zebrać z samego rana szesnastu chłopa, którzy o różnych porach wrócili dzień wcześniej do hotelu, ale jakoś się udało.

Przed wyjazdem z hotelu

Wyjazd z Kijowa przez korki trwał wieki, później już było tylko łatwiej. Droga do Czarnobyla nie jest zbyt mocno oblegana przez inne pojazdy, jednak pokonanie ponad 150 kilometrów trochę zajmuje.
Strefa zamknięta to obszar 2600 km2 wokół elektrowni. Ten olbrzymi obszar wyludniony po katastrofie jest chroniony przez służby państwowe, a wjazd na jego teren wiąże się z kontrolą pozwoleń i paszportów. Nasze odczucia były takie, że funkcjonariusze traktują tą kwestię bardzo poważnie.

Po kontroli i zakupie kilku pamiątek w punkcie przy bramie kierujemy się ku największemu radarowi, jaki miałem okazję widzieć – Duga. Obiekt ten znany jest bardziej jako Oko Moskwy lub w środowisku krótkofalarskim jako Rosyjski Dzięcioł (z racji zakłóceń jakie generował).

Konstrukcja robi niesamowite wrażenie. Osiemset metrów długości i sto pięćdziesiąt wysokości (wyższa antena) to coś, czego nie da się objąć wzrokiem, a co dopiero obiektywem aparatu. Antena została ostatecznie wyłączona w 1988 roku, gdyż promieniowanie powodowało zbyt duże zakłócenia. Tym bardzie trudno uwierzyć, że nie konserwowana przez ten czas nie została zjedzona przez rdzę i czynniki atmosferyczne. Wykorzystując wyobraźnię można sobie uświadomić geniusz ówczesnych konstruktorów.

Oko Moskwy

Dalszy etap wycieczki obejmował przejazd do zasłoniętego w 2016 roku bloku czwartego, który był źródłem katastrofy. Obecna kopuła jest największą tego typu konstrukcją na świecie. Kształtem przypomina przekrojony walec, a jej żywotność jest szacowana na ponad 100 lat. Budowlę ufundowało wiele krajów, w tym Polska.
Ważąca 29000 ton Arka ma za zadanie skutecznie nakryć setki ton materiału radioaktywnego oraz umożliwić przeprowadzenie prac przy starym sarkofagu. Niestety nie do końca wiadomo, co dalej zrobić z pozostałościami elektrowni, które będą szkodliwe jeszcze przez około 1000 lat.

Oprócz fotki przy czwartym bloku elektrowni obowiązkowym punktem jest też karmienie ryb. Niestety nie było nam dane oglądać olbrzymich sumów, jednak duże stado ryb pod mostem i tak zrobiło wrażenie.

Ryby spod elektrowni

Po obiedzie w czarnobylskiej restauracji skierowaliśmy się do Prypeci. Miasta wybudowanego specjalnie dla pracowników elektrowni. Ta miejscowość była chyba najnowocześniejsza i zrobiona z największym przepychem w ówczesnym ZSRR. Mnogość oświetlenia, neony, basen, stadion, zaopatrzone sklepy – to wszystko, by pracownikom żyło się lepiej. Tutejszy areszt w zasadzie nie był wykorzystywany, bo po co kraść, jak ma się dostatek?

Obecnie przyroda skutecznie zabiera to, co kiedyś wykroił jej człowiek. Stadionu w zasadzie nie widać i gdyby nie trybuna nikt by się nie domyślił, gdzie znajdowało się boisko. Ulice są w większość przysłonięte drzewami i krzakami. Jedynie okolice znanego z wielu zdjęć wesołego miasteczka są dobrze widoczne z uwagi na spory, utwardzony plac.

Prypeć – wesołe miasteczko

Przejście przez szkołę, przedszkole, sklep RTV i sklep muzyczny pozwalają zapoznać się z tamtymi czasami. Porozrzucane wokół książki, zeszyty, gazety, które nie przydały się szabrownikom to cenne pamiątki. Pomimo tego, że strefa jest strzeżona widać duże zniszczenia, których sama przyroda nie była w stanie zrobić. Niestety nie każdy potrafi uszanować to, co ma okazję zwiedzać.

Niesamowite wrażenie robi pomieszczenie z maskami gazowymi dla dzieciaków, które miały być użyte na wypadek zagrożenia atomowego. Co ciekawe masek tych nigdy nie użyto, bo ewakuacja przebiegała w tajemnicy i społeczność miasta traktowała ją bardziej jako formę ćwiczeń, bez świadomości faktycznej sytuacji.

Prypeć – szkoła

Na koniec podróży po czarnobylskiej strefie zamkniętej podjechaliśmy do tzw. chwytaka. Jest to element dźwigu, który brał udział w oczyszczaniu elektrowni. Tutaj promieniowanie przekracza normę, a wg przewodnika próba wejścia do środka urządzenia zakończyć się może kłopotami przy kontroli promieniowania na wyjściu ze strefy.

Prypeć – chwytak

Zonę opuszczamy wieczorem. Powrót do hotelu umila nam rozmowa z nową poznaną przewodniczką. Dziewczyna jest tam codziennie i ma mnóstwo informacji i zdjęć, jakich nie uświadczy turysta.

Podsumowując wyjazd do zamkniętej strefy – było warto, jednak jeden dzień to stanowczo za mało. Tempo wycieczki jest duże i naprawdę trzeba się nabiegać. Na pewno warto tam wybrać się późną jesienią lub zimą, kiedy zieleń nie przysłania wszystkiego wokół, taka wycieczka wyklucza jednak motocykl, który przecież był ważnym elementem wyjazdu.

Ps. relacja ze zwiedzania Kijowa będzie wkrótce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.