Czas zacząć powrót

Słońce, które o tej porze roku nigdy tu nie zachodzi, powoli przesuwa się nad horyzontem. Lekki, chłodny wiatr powiewa znad Morza Barentsa, lecz temperatura oscyluje około piętnastu stopni. Trochę ze zmęczenia, trochę z lenistwa parkujemy motocykle kilkadziesiąt metrów od stalowego globusa, rozkładamy karimaty i otwieramy po puszce piwa. Tym razem śpimy pod gołym niebem.

Nasz sen został przerwany dopiero przez pojawiających się w coraz to większej ilości turystów, którzy postanowili nawet zrobić kilka fotek motocyklowym wędrowcom z Polski. Kilka godzin w objęciach Morfeusza przywraca nam chęć do życia, a coraz cieplejsze promienie słońca dodają energii.

Jeszcze kilka fotek, jeszcze jakiś filmik, wymiana kart pamięci, zakupy pamiątek w sklepie i wyjeżdżamy ze szczytu Przylądka Północnego. W racji tego, że cała akcja działa się w godzinach nocno – porannych wjazd i wyjazd odbył się bezpłatnie. Bramki były otwarte, a obsługi brak.

Za dnia widoki na tej samej trasie okazały się zupełnie inne. Świat w pełnym słońcu stał się bardziej płaski, ciepłe kolory widoczne nocą zamieniły się w przejaskrawione blaski. Pokonywaliśmy te same kilometry, a można to było jeszcze raz przeżywać.

Powrót okazał się bardziej męczący. Trzeba było robić przystanki co sto kilometrów, bo powieki same opadały. Ostatecznie skończyło się na drzemce na pasie zieleni zatłoczonego parkingu. Postanawiamy, że nocleg zrobimy w Norwegii w tym samym hotelu, w którym spaliśmy dzień wcześniej.  Dalej dojechać nie damy rady.

W wyniku pomyłki w nawigacji do listy odwiedzonych krajów dołącza Finlandia. Przejeżdżamy ten kraj w poprzek w jego północnym krańcu. To tylko kilkaset kilometrów na południe od wcześniej pokonanej trasy, a z gołych gór i łąk zrobił się gęsty las, jeziora i bagna. Co ciekawe renifery nagle gdzieś przepadły, spotykamy tylko pojedyncze sztuki.

Finlandia jest przepełniona naturą, za to nie spotykamy żadnej stacji paliw, brak też sklepu. Dopiero przy dawnym przejściu granicznym natrafiamy na stacje samoobsługową, sklepu nadal brak. Możemy zapomnieć o zakupie czegoś na kolacje. Perspektywa kolejnej nocy na głodniaka nie napawa optymizmem.

Wkrótce docieramy do znajomego hotelu, a poznana wcześniej para Polaków ratuje nas tym, co jeszcze zostało w hotelowej lodówce. Chwała im za to, bo brzuchy burczały już strasznie.

Po kolacji postanawiamy uraczyć się szklaneczką whiskey. Najdroższej whiskey, jaką do tej pory piłem. Nie, nie chodzi wcale o markę alkoholu czy też jego znakomite walory smakowe. Cena to wynik norweskich standardów, a obrazując jej wartość napiszę tylko, że za te pieniądze można by nieźle upoić drużynę piłkarzy. No cóż, trzeba było słuchać, że może być drogo.

Tym razem hotelowy wieczór kończymy wcześniej niż poprzednio. Rano mamy w planach ruszyć jak najdalej w Rosję, a jak już wiemy przejazd przez granicę może nam zająć kilka godzin.

Wyspani wstajemy późnym rankiem, śniadanko, godzinka leżenia na słońcu przed hotelem i powoli zbieramy się do drogi. Po drodze jeszcze chwila przerwy nad płytkim jeziorem z lodowatą wodą, gdzie orzeźwiamy się kąpielą i popołudniem jesteśmy na granicy.

Jakie było nasze zaskoczenie, że rosyjską granicę od tej strony można przekroczyć w ciągu dwudziestu minut. Norwegowie chyba wymusili trochę inne standardy niż Łotysze. Nawet deklaracje celne wypełniam wspólnie z celniczką, która cierpliwie tłumaczy każde pole. Zupełnie przy okazji okazuje się, że poprzednio nasze motocykle na owej deklaracji wyceniono na sto osiemdziesiąt złotych za sztukę. To nie ostatnia tego typu pomyłka, ale o tym później.

Znów jesteśmy w Rosji…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.