Czeska Szwajcaria na weekend

Jako, że dwudziestego czerwca córka wyjechała na Zieloną Szkołę postanowiłem wykorzystać „wolny” weekend i wybrać się na przejażdżkę w góry.

Wybór padł na Czeską Szwajcarię na pograniczu Polsko – Niemiecko – Czeskim. Okolica opisywana w internecie i prezentująca się malowniczo na fotografiach.  Postanowiliśmy wraz z drugą połówką sprawdzić jak jest tam faktycznie.

Pogoda nie zachęcała, ale plan był i koniec. Trzeba go wykonać. Na szczęście deszcz naszą grupkę czterech motocykli dopada dopiero w okolicach Srebrnej Góry i trwa przez dwa może cztery kilometry drogi. Chmury cały czas nas gonią, ale skutecznie je omijamy.

Po kilku godzinach dojeżdżamy do Szklarskiej Poręby na obiad i nasza grupa dzieli się na dwie. My we dwójkę na jednym motocyklu jedziemy dalej, a chłopaki wracają do domu (obowiązki rodzinne).

Seria zakrętów wiodąca przez Harrahov i Rokietnicę jak zwykle urzeka. Szkoda, że asfalt mokry. Po godzinie dojeżdżamy na nocleg do Strażnego, a tam pogaduchy, kolacja, piwko i do spania.

Rano trwa ulewa, ale prognoza mówi o deszczu do godziny dziewiątej rano. Na szczęście się sprawdza i ruszamy na zachód zaraz po śniadaniu.

Przez całą drogę nie spadła kropla deszczu, tylko droga wciąż mokra. Zakręty jak marzenie pozwalają cieszyć się jazdą.

Szybko mijamy okolice Liberca odwiedzonego dwa tygodnie wcześniej i dojeżdżamy do celu. Okolica coraz bardziej urocza.

Szukamy głównej atrakcji – Bramy Pravcickiej – największej bramy skalnej w Europie. Drogę znajdujemy dzięki miłej parce pracującej w informacji turystycznej w miejscu, które wydawało mi się totalnym odludziem.

Motocykl parkujemy u podnóża góry i przed nami ponad godzina marszu pod górę w ciuchach motocyklowych. Turystyka górska w takim wydaniu nie jest zbyt przyjemna, ale czasem trzeba się poświęcić.

Brama okazuje się naprawdę duża – jak zapowiadano. Warto było się męczyć wspinaczką tyle czasu. Na górze dopada nas 15 minutowa ulewa.

Po powrocie z pieszej wędrówki jemy obiadek w czeskim stylu i w drogę do domu w kierunku Niemiec a następnie Kalisza. Droga powrotna mija szybko i bez nieoczekiwanych przygód.

Weekend spędzony bardzo przyjemnie, nowe miejsca poznane, a TDM powoli dobija do magicznych 100 000 przebiegu. Czasem chyba nie warto ufać prognozie pogody i po prostu ruszyć przed siebie.

Tak wyglądała nasza trasa: https://goo.gl/maps/fxUku

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.