Dzień czwarty – Zaskoczenie…

 

Noc była długa, ale snu mało. Impreza w greckich rytmach trwała do godziny czwartej trzydzieści. Od czasu do czasu wypoczynek był też umilany przez głośno oznajmiający swą obecność alarm jednego z samochodów.

Ok, my jesteśmy wyrozumiali. Nie narzekamy. Podziwiamy za to sąsiadów naszego gospodarza. Nikt nie dzwoni po policję, nikt nie przychodzi z awanturą. Sąsiad się bawi i koniec.

Szybka poranna toaleta, pakowanie, smarowanie łańcuchów – taki codzienny standard. Chcemy być w porządku wobec Andre – naszego gospodarza – ruszamy rozliczyć wieczorne piwka i przekąski, jakie dostaliśmy. Lokal jakby wymarły. Wszyscy odparowują po nocnej balandze. Ostatecznie przychodzi do nas Pani, najpewniej matka bądź teściowa gospodarza i rozlicza nasze zobowiązania.

„Two hundred fifty” – te słowa brzmią początkowo jak żart. Upewniam zatem naszą nową gospodynię, że za pokoje już płaciliśmy, a nierozliczone mamy trzy piwa i garstkę przekąsek, jakie dostaliśmy zamiast zamówionego spaghetti! „I know. Two hundred fifty” – ponownie słyszymy te słowa wypowiedziane z pewnością siebie i łamanym akcentem.

Płacimy i zdegustowani opuszczamy motel. Szkoda, że Andre spał. Z jego słów wczorajszego wieczora wynikało zupełnie coś innego. Tak oto tani motel stał się najdroższym w jakim byliśmy. Morał – zawsze pytaj o cenę zanim zjesz! … szkoda tylko, że szybko zapominamy o tej zasadzie, o czym będzie później.

Trasa z noclegu do granicy przebiega szybko. Jedziemy wzdłuż Dunaju. Ta rzeka zawsze zadziwia i jednocześnie przytłacza swoją potęgą.

Żegnamy Rumunię i już po chwili wita nas Serbski pomnik na cześć Tito. Ten przywódca partyzancki i powojenny prezydent Jugosławii jest tu chyba szanowany po dziś dzień. Wielokrotnie daje się to zauważyć podróżując po Serbii.

Dalsza droga wiedzie dalej wzdłuż rzeki w kierunku jednego z parków narodowych. Podziwiamy przełom Dunaju. Połączenie gór i wody robi niesamowite wrażenie. Również droga staje się ciekawsza. Zakręty, wzniesienia, lasy – znów jesteśmy w swoim żywiole.

Robimy krótki przystanek w jednej z zatoczek i odpalamy kuchenkę gazową. Kawa zrobiona z wody wcześniej zmieszanej z tabletką magnezu smakuje wyśmienicie. Lekko psuje się pogoda, spadło nawet kilka kropel deszczu.

Wkrótce droga wiedzie nas małymi, serbskimi wioskami. Taki rodzaj trasy lubię najbardziej. Wiem, nie da się wtedy jechać szybko. Nie szlifuje się kolanami po asfalcie. Czasem wyskoczy z podwórza pies lub za zakrętem stanie krowa, ale te chwile pozwalają poznać kraj od środka. Podwórza, lokalne sklepy, dziurawy asfalt, ludzie zagadujący przy drodze – to jest to, po co się jedzie czasem setki czy tysiące kilometrów.

Robi się coraz goręcej. Krajobraz zmienia się na mniej drzewiasty. Mijamy kilka potężnych kamieniołomów. Olbrzymie maszyny i samochody robią wrażenie.

W jednej z miejscowości robimy postój na posiłek i tankowanie. Tradycyjny piknik pod stacją paliw. Kilku Serbów w VW Golfie pyta gdzie jedziemy i pozdrawia.

Po posiłku starujemy i… znów postój. „Kropelka” ratująca światła puściła. Konieczna jest kolejna naprawa. Tym razem w ruch idzie nóż. Szybkie cięcie kabli, skręcam i po robocie. Światła będą działać już do końca wyjazdu.

Po jakimś czasie zaczyna się ściemniać. Mijamy przydrożny motel i postanawiamy do niego zawrócić. Do granicy z Kosowem zostało trzydzieści kilometrów. Plan na dziś w zasadzie zrealizowany.

Gospodarzem motelu okazuje się bardzo miły Pan, który rozmawia z nami tylko po rosyjsku. Cóż, musiałem na chwilę przypomnieć sobie ten język. Ucinamy sobie pogawędkę, w trakcie której dowiaduję się, że wspomniany Pan jeździł za młodu Polonezem – „charosza maszina” – przecież to kiedyś był najbardziej pożądany polski samochód.

Kolacja upływa w równie miłej atmosferze. Gospodarz własnoręcznie przygotował dla nas „meso”. Ta taca pełna różnych mięs była wyśmienita. Zajadamy się różnymi smakami wieprzowiny, zjadając nawet żołądki. Dla tych co nie jedli takiego specjału – żołądki wieprzowe są przepyszne. Jedzonko doprawiamy łyczkiem rakiji i uciekamy spać. Jutro miejsce docelowe – Albania, Góry Przeklęte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.