Dzień drugi – Podróż w czasie

 

Wstajemy. Noc minęła szybko i spokojnie. Zregenerowany snem organizm melduje swoją gotowość do dalszej jazdy. Szybkie pakowanie, śniadanie, smarowanie łańcucha – taki codzienny standard. Dziś opuszczamy Słowację, tranzytem przelatujemy przed Węgry i zamierzamy spać w Rumunii.

Ruszamy prowadzeni przez Google Maps. Chwilę po opuszczeniu motelu zaczynają się świetne zakręty. W takich chwilach chyba każdy motocyklista dostaje skrzydeł i zaczyna chłonąć kolejne kilometry w błogiej ekstazie.

Prawa, lewa, góra, dół. Droga wije się pomiędzy drzewami zapewniając wrażenia. Górskie drogi zawsze były tym, co lubię. Piękne widoki, słoneczna pogoda, trwaj chwilo! Słowacja zapewniła nam wstęp do tego co będzie działo się później w rumuńskich i albańskich górach.

Prowadzeni przez nawigację lokalnymi drogami przekraczamy granicę z Węgrami gdzieś pośrodku pola słoneczników. Otwartość europejskich granic sprawia, że przejazd z państwa do państwa może zostać niezauważony tak, jak to było tym razem. Jedynie nazwy na drogowskazach składające się ze słów, których nawet po pięciu piwach nie jestem w stanie wymówić bez kontuzji języka utwierdziły nas w przekonaniu, że to już nie Słowacja.

Wokół tysiące słoneczników. Węgry zawsze chyba będą mi się tak kojarzyć. Te żółto – zielone jeszcze o tej porze roku rośliny przepełniają pola w tym kraju.

Zdecydowanie omijamy autostrady, więc zakup winiety nie był na szczęście potrzebny. Podążamy mniej lub bardziej lokalnymi drogami. Ten sposób przemierzania obcych krajów najbardziej mi odpowiada. Może nie zawsze da się jechać szybko i po gładkiej nawierzchni, ale zawsze można obejrzeć z motocyklowej kanapy lokalne życie, domostwa i widoki, które na autostradzie schowane są za ekranem dźwiękochłonnym.

Z uwagi na dziurawą jak szwajcarski ser drogę jedziemy umiarkowanym tempem, bez pośpiechu. Później okaże się, że pośpiech jednak by się przydał. Ostatnie tankowanie na terenie Węgier, kosmiczny rachunek na ponad pięć tysięcy, kanapka, łyk coli. Sprawdzam nawigację, która wskazuje, że do planowanej kopalni soli w Turda zajedziemy na szesnastą dwadzieścia. Do kopalni wpuszczają do godziny osiemnastej, więc zapas jest spory.

Po kilkudziesięciu minutach dojeżdżamy do granicy. Na granicy kolejka. Victor Orban chcąc odciąć się od imigrantów zamknął południową granicę i wprowadził kontrolę. Samochody z uwagi na konieczność okazywania bagaży poruszają nie wolno, więc omijamy kolejkę, stajemy w cieniu i ruszam do celnika, który… wywala nas na koniec kolejki.

Tak oto dzięki „uprzejmości” Pana Celnika pocimy się w słońcu i powoli podążamy ku punktowi kontroli. Kontrola poszła już szybko i wreszcie wjeżdżamy do Rumunii. Czas mamy dobry, wszystko idzie według planu.

Wkrótce wjeżdżamy w okręg Satu Mare, miejsce skąd mieliśmy kłopot wyjechać dwa lata temu z powodu słabego oznakowania i braku nawigacji. No właśnie, nawigacja – zerkam na pozostałe kilometry i czas. Co widzę? Kilometry się zgadzają, ale nawigacja pokazuje, że w Turda będziemy tuż przed zamknięciem kopalni.

Zmiana czasu, taki mały detal, o którym każdym z nas zapomniał niczym Willy Fog podczas podróży wokół świata. Teraz plan stał się napięty.

Zaczynają się piękne zakręty, pozwala to na chwilę oderwać myśli od otaczającego świata i skupić uwagę na pokonywaniu winkli. Rozgrzane opony znakomicie trzymają się drogi pozwalając na szlifowanie podnóżków i centralnej podstawki. Jeden krótki postój i lecimy dalej, bo czasu nie nagniemy, a małe spóźnienie zdyskwalifikuje nas na bramce wejściowej do Salina Turda.

Yes, yes, yes, jak mawiał klasyk. Zdążyliśmy. Uprzejmy Pan ochroniarz otwiera dla nas szlaban odgradzający mniej zajętą część parkingu. Po kilkunastu minutach powitani na wejściu swojskim „dzień dobry” wchodzimy do kopalni.

Przyjemny chłód ożywia nasze przegrzane ciała i umysły. Windą kierujemy się na główny poziom kopalni i tam podziwiamy piękno tego miejsca. Część z nas po raz drugi, część po raz pierwszy.

Naprawdę jest tam co oglądać. Pięknie oświetlona wielka solna grota, diabelski młyn, miejsce do gry w minigolfa i ping-ponga. Kilka pięter niżej jezioro, na nim łodzie i drewniane platformy na których można przysiąść. Wszystko to podziwia się za trzydzieści złotych od osoby.

Z uwagi na późną godzinę, kopalnię musimy opuścić dość szybko. Jeszcze tylko obiadek na chodniku obok marketu i opuszczamy Turdę kierując się dalej na południe w stronę Transalpiny.

Na miejsce docieramy przed dwudziestą drugą. Na szczęście poznana dwa lata temu rodzinka ma wolny pokój i do tego jest to ten sam pokój, co poprzednio. Otwieramy małe piwko (dwa i pół litra) i zbieramy się do spania. Jutro Transalpina – tutaj przygoda zacznie się na dobre!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.