Dzień jedenasty – Balaton

 

Poranek. Na zewnątrz kilka stopni na plusie. Oddech powoduje, że generujemy obłoczki pary, więc jazda na motocyklu może dziś nie być tak komfortowa jak zwykle, zwłaszcza jeśli ma się na sobie kurtkę typu „mesh”.

Na śniadanie zajadamy lokalny rodzaj drożdżówki, wypełnionej mięsem, a posiłek umilają nam muzułmańskie rytmy dobiegające z telewizora.

Najedzeni przez chwilę przypatrujemy się budynkom po drugiej stronie ulicy. Mimo, że od bałkańskiej wojny upłynęło już sporo czasu, wciąż widać ślady po kulach. Wokół mnóstwo ostrzelanych budynków mieszkalnych, przecież jesteśmy w miejscu, gdzie rozegrały się jedne z najostrzejszych walk. Trudno sobie nawet wyobrazić, co działo się tu w owym czasie.

Dziś przed nami około pięciuset kilometrów, zatem ruszamy wyjątkowo wcześnie. Mamy zamiar opuścić Bośnię i Hercegowinę, przejechać przez Chorwację i nocować nad węgierskim Balatonem.

Jako ciekawostkę mogę napisać, że Balaton był jednym z punktów wyznaczonych do odwiedzenia na każdej z moich wcześniejszych wypraw, ale nigdy do niego nie dotarłem. Tym razem okazja była bardziej namacalna – najkrótsza trasa wiodła przez okolice tego jeziora.

Przez pierwsze kilometry niska temperatura strasznie daje się we znaki, aż trudno uwierzyć, że to sierpień. Na szczęście już po przejechaniu przez pasmo górskie temperatura idzie w górę o blisko dwadzieścia stopni i robię się ponownie gorąco. Tak nieprawdopodobną zmianę pogody przeżyłem już kiedyś w Chorwacji, przejeżdżając przez jeden z górskich tuneli.

Kolejne kilometry upływają miło z powodu ilości zakrętów, jakie mamy do pokonania. Trasę czasem umila krowa lub nawet całe stado, które postanawia przejść przez drogę w najmniej oczekiwanych miejscach.

Jeszcze rano nikt w to nie wierzył, ale upał zaczyna nam coraz bardziej doskwierać, więc robimy przerwę na jednej ze stacji. Kawa przygotowana w polowych warunkach stawia nas na nogi i pozwala pokonać kolejne kilometry bez ryzyka zaśnięcia.

Przejazd przez Bośnię i Chorwację upływa szybko, pomimo tego, że zgubiliśmy drogę i trzeba było trochę nadłożyć. Szybko też zaczyna zachodzić słońce. Jazdę po równinach Węgier kontynuujemy przy pięknym, czerwonym niebie.

Do miejscowości Siofok nad Balatonem docieramy po zmroku. Miasto wita nas olbrzymią ilością turystów i brakiem miejsc noclegowych. Na Google Maps wybieramy uliczki z największą liczbą noclegów i jedziemy szukać dalej. W jednym z domków starsze małżeństwo proponuje nam nocleg w swoim drugim domu.

Dogadać się nie jest łatwo, bo małżeństwo nie rozmawia po angielsku, a jedynie po niemiecku lub węgiersku. Ten ostatni język to dla nas zupełna egzotyka, więc pojedynczymi słowami i gestami prowadzimy dalszą konwersację.

Kilkaset metrów jedziemy za kobitką prowadzącą nas na rowerze i docieramy do willi, którą mamy całkowicie dla siebie. Uzgadniamy stawkę i lecimy po gotówkę. Dawno już nie płaciłem kilkunastu tysięcy za jeden nocleg.

Dzień ma się ku końcowi, więc szybko ruszamy w stronę deptaka, żeby załapać się na kolację i piwko. Deptak powala nas ilością osób. Mnóstwo Polaków, ale są też inne narodowości. Niestety ilość turystów po części przekłada się na jakość obsługi i w pierwszym z lokali nie dane nam jest doczekać się na piwo.
Na szczęście kolejna miejscówka robi na nas skrajnie inne wrażenie. Szybka obsługa, pyszne lokalne jedzenie „na ostro”, piwko i kieliszeczek czegoś mocniejszego znakomicie dopełniają wieczór.

Jeszcze tylko krótki spacer w kierunku plaży, gdzie podziwiamy dziewczyny tańczące w ogródkach piwnych, czasem nawet na barze. Wracamy z myślą, że to już ostatnia noc na obczyźnie. Wyprawa dobiega końca. Już jutro będziemy spać we własnych łóżkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.