Dzień pierwszy – Światłości powracaj!

Wstaję, jest godzina szósta może trochę wcześniej. Otwieram oczy, patrzę przez okno i widzę deszcz. Może nie jest to ulewa, ale szlag człowieka trafia jak planujesz coś przez pół roku, oczekujesz tego dnia, tego momentu, a tu nagle właśnie dziś, teraz w tej chwili deszcz.

Wyjazd umówiony na ósmą, zbiórka o siódmej czterdzieści pięć. Może przestanie padać? Śniadanie, pakowanie ostatnich detali, nerwowe dreptanie z nogi na nogę.

Startujemy bez deszczówek, niech się pogoda dowie, że mamy ją gdzieś. Nic już nie popsuje tej chwili. Tankowanie i oczekiwanie na kompanów podróży. Pada coraz mocniej. Na stacji kawa, ciasteczko. Panie z obsługi życzą lepszych warunków na trasie.

Po chwili jesteśmy w komplecie i ruszamy. Upakowani w deszczówki działające jak termos jedziemy zdobywać Góry Przeklęte. Na południu Polski podobno jest lepiej.

Po kilkudziesięciu kilometrach pogoda zaczyna się klarować, jest lepiej. Na jednym z postojów zrzucamy z siebie gumowe wdzianka i lecimy już w pięknym słońcu ku Słowacji.

Plan zakładał przejechanie Polski jak najszybciej i nocleg jak najdalej na południu. Słowacja, może Węgry, tego jeszcze nie wiemy. Tempo jest dobre, więc stajemy na szybki posiłek i kawę. Łapię za telefon a tu kryzys energetyczny, bateria jest na wyczerpaniu. Jak to możliwe, skoro kabel podpięty przez całą drogę?

Jasna cholera – awaria. Brak świateł i zasilania dla gniazda zapalniczki. Kobitki idą na ławeczkę, a my dzielni faceci walczymy o przetrwanie zmieniając żarówki i szukając wiązek oraz kabli. Wszystko niby działa, a efektu brak. Odpalam Google. Ta kochana wyszukiwarka nie raz ratowała mi tyłek w opresji, podpowiadając czasem abstrakcyjne rozwiązania.

Pomogła i tym razem. Mamy go, mamy ten jeden cholerny mały kabelek, który zmarnował ponad godzinę z naszego czasu. Kabel jest urwany. Szybko montuję całość i szukamy lutownicy. Znajdujemy w pobliskim warsztacie. Szybka naprawa i w trasę.

Kilometry upływają miło w rytmie wiatru i muzyki z intercoma. Granica osiągnięta. Ostatnie tankowanie w kraju i kolejna naprawa…

Na dworze coraz ciemniej, a świateł znów brak. Lut puścił, próba naprawy przy użyciu noża i papierka nic nie daje. Pomaga za to Kropelka. Przyklejony kabel będzie działał jeszcze długo. Jedziemy dalej.

Na Słowacji znajdujemy wkrótce przyjazny motel, gdzie spędzamy wieczór spijając piankę z lokalnego piwa i planując kolejny dzień. Idziemy spać. Jutro Rumunia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.