Dzień trzeci – Transalpina!!!

Wstajemy dość wcześnie. Szybkie zakupy w pobliskim mieście, śniadanie, kawa. Pogaduchy o dzisiejszych planach i ruszamy…

Już po chwili jedziemy jedną z najbardziej znanych tras motocyklowych – DN67C. Ta najwyżej położona droga w Rumunii wyprowadzi nas na wysokość 2145 m n.p.m. Kiedyś szutrowa, obecnie w całości asfaltowa trasa kusi setkami zakrętów i pięknymi widokami.

Początkowy odcinek wiedzie wśród drzew i zboczy górskich. Ciasne zakręty wymuszają skupienie i stanowią rozgrzewkę przed tym, co czeka nas już za chwilę.

Pokonuję tą trasę już po raz trzeci, jednak zawsze jest ten dreszczyk emocji. Ta asfaltowa linia ciągnąca się z północy na południe za każdym razem wygląda inaczej. Zawsze sprawia, że boki opon zaczynają pracować pełną parą, a aluminiowe podnóżki tracą swoją fabryczną linię generując od czasu do czasu snopy iskier.

Po drodze mijamy innych motocyklistów i wyprzedzamy dziesiątki samochodów. Jest dość tłoczno. Przy pierwszym punkcie, gdzie wszyscy robią fotki – na tamie – generuje się korek, a znalezienie miejsca na zaparkowanie nie jest wcale takie łatwe. Weekend to czas w Rumunii, kiedy rodziny masowo jadą w góry i piknikują nad rzeczkami.

Zakręty wiją się coraz mocniej, wymagając od nas i naszych wyładowanych po brzegi motocykli coraz więcej. Mijamy dwóch młodzieńców jadących tą trasą na skuterach. Jak widać rodzaj maszyny, która nas wiezie nie może być wymówką. Brawa za wytrwałość.

Powoli drzewa stają się rzadsze, coraz więcej widać. Okalająca przestrzeń dodaje wrażeń, a pasące się wokół owce nadają cudny, górki klimat. Pogoda dopisuje.

Zbliżamy się do punktu, gdzie dwa lata temu stało kilka punktów z pamiątkami i gdzie można było chwilę odpocząć napawając oczy widokiem gór. Przez te dwa lata punkty rozmnożyły się dość mocno, a droga została ubrana w barierki. Parkujemy na górce, gdzie poprzednio nie było żadnego auta, obecnie trzeba się przeciskać między pojazdami.

Postój na wzgórzu uświadamia nam, że wszędzie prędzej czy później dociera komercja. Trochę szkoda, ale to chyba nieunikniony proces.

Żeński skład kieruje się na zakupy w poszukiwaniu naklejek na kufer, skład męski delektuje się chwilą wytchnienia i robi pamiątkowe fotografie. Od czasu do czasu ktoś zagaduje i prosi o możliwość zrobienia zdjęcia na motocyklu. Nie odmawiamy.

Dziewczyny wkrótce wracają w dużo lepszym humorze. Miały okazję delektować miejscową palinkę. Kolejna rodzinka prosi o zdjęcie na motocyklu. Tak poznajemy Iulie – nastolatkę z Rumunii. Ta energiczna i bardzo kontaktowa dziewczyna daje nam chwile uśmiechu. Na pamiątkę dajemy jej naszą naklejkę.

Ruszamy dalej. Wspinamy się jeszcze wyżej pokonując kolejne, coraz ciaśniejsze zakręty. Co jakiś czas zatrzymujemy się celem zrobienia kilku fotografii. Widoki są obłędne.

Widoki oraz emocje związane z jazdą po wymagających, górskich serpentynach nagradzają zawsze cały trud przygotowań. Wtedy dociera do człowieka, że warto było odłożyć co miesiąc parę złotych, warto było wypatrywać oczy przy monitorze komputera planując trasę i brudzić ręce serwisując motocykl.

Na zjeździe w TDM-ie chwilowo zabrakło tylnego hamulca. Tarcza fioletowa, płyn przegrzany. Przymusowy postój przy pasących się nieopodal zabudowań osiołkach. Kilka fotek z osiołkami, odpowietrzenie hamulca i jedziemy dalej.

Z kolejnymi kilometrami krajobraz staje się bardziej płaski, a drogi proste. Kierujemy się do granicy z Serbią. Chcemy zrobić jak najwięcej kilometrów przed zmrokiem.

Do zmroku pokonujemy całą DN67C i dojeżdżamy do Drobeta-Turnu Severin – miasta, na którego obrzeżu Alfred Hitchcock z pewnością znalazłby świetny plan zdjęciowy. Miasto przez pierwsze kilometry wygląda dość upiornie. Samotna jazda po zmroku w tym regionie z pewnością powoduje, że skóra zaczyna przypominać gęsią a mieszki włosowe nagle stają dęba. Fabryki i budynki wydają się opuszczone.

Na szczęście centrum wygląda lepiej. W poszukiwaniu noclegu docieramy do olbrzymiego hotelu z widokiem na Dunaj. Miejsc noclegowych brak, ale poznajemy miłego Pana Ochroniarza, który wyglądem i zachowaniem jednoznacznie kojarzy się nam z Luis De Funes – mistrzem francuskiej komedii.

Niedługo później trafiamy do motelu, w którym trwa grecka impreza, a właściciel okazuje się motocyklistą. Spijamy po kilka piwek, zjadamy kolację, która wkrótce mocno nas zaskoczy i idziemy spać. Rano opuszczamy Rumunię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.