Nordkapp – motocykle u celu

Dziś wstajemy wcześniej – to znaczy nie aż tak wcześnie jak byśmy to zrobili idąc do pracy, ale na śniadanie zdążyliśmy. Pogoda za oknem daje optymistyczne perspektywy, jednak nie jest już tak upalnie i słonecznie jak dzień wcześniej.

Pakowanie motocykli, smarowanie łańcuchów, tankowanie do pełna baków i kanistrów i ruszamy dalej. Plan przewiduje wjazd do Norwegii i pokonanie jak najdłuższego odcinka w kierunku celu – przylądka północnego Nordkapp.

Wyjeżdżając z Murmańska podziwiamy jeszcze przez chwilę port od drugiej strony niż dotychczas. W oddali widać zaparkowane okręty do których nie pozwolono nam dojechać dzień wcześniej.

Nasza radość nie trwa jednak zbyt długo, bo już kilkadziesiąt kilometrów za miastem pogoda zmienia się nie do poznania. Zamiast dwudziestu kilku stopni robi się mglisto i zimno, kilka kilometrów dalej mamy siedem stopni i wjeżdżamy w środek ulewy. Skandynawia wita nas swym legendarnym klimatem, którego nie przewidzi nawet Jarosław Kret i zmiennym jak kobieta przez kilka dni każdego miesiąca.

Do samej granicy jedziemy ubrani w solidne przeciwdeszczówki i gumowe rękawice. Tylko dzięki takim strojom jazda jest jeszcze możliwa.

Przejście graniczne Rosja – Norwegia pokonujemy sprawnie dzięki uprzejmości celników po obu stronach. To zasadnicza odmiana po przygodach z wjazdem do Rosji. Norweska Pani celnik z pożałowaniem i uśmiechem na ustach stwierdza, że to kiepski czas na motocyklowe wakacje.

Na granicy chwilę odpoczywany i zaopatrujemy się w artykuły pierwszej potrzeby – piwo i Snickersy – przecież nie wiadomo co nas jeszcze czeka.

Wraz z kolejnymi kilometrami krajobraz staje się coraz bardziej surowy, a deszcz nie odpuszcza. Zmęczenie dopada nas coraz bardziej, a powieki same się zamykają. Sił wystarcza nam na objechanie pierwszego fiordu i w miejscowości Neiden postanawiamy zajechać na kawę do przydrożnego hotelu. Jakie było nasze zdziwienie, jak w hotelu spotykamy parę z Polski pracującą tu w okresie wakacji. Chwila pogaduchy przy kawie i uznajemy, że zostajemy na noc i czekamy na lepszą pogodę.

Decyzja była szybka i słuszna, bo w hotelu zapanowała wieczorem sielska atmosfera. Wspomnę tylko pokrótce, że była gra w lotki, z głośników słychać było Ryśka Riedla a zapas trunków skończył się chwilę po północy. Uwieńczeniem wieczoru był spacer nad rzekę okrytą grubą warstwą mgły.

Nazajutrz nie było nam śpieszno. Leniwe śniadanie i ponowna drzemka spowolniły wyjazd o kilka godzin, ale przecież tu słońce nie zachodzi, można jechać nocą. Plan jest taki, aby tym razem zdobyć północny kraniec Europy. Pogoda znów zaczęła nam sprzyjać – jest ciepło i słonecznie.

Nauczeni doświadczeniami z dni poprzednich robimy zakupy w jednych z pobliskich marketów – pierwszym po około pięćdziesięciu kilometrach! Chleb, woda, jakaś puszka i kilka piwek na wieczór, ot drobne zakupy za ponad sto złotych. Szybko rezygnujemy z zamawiania jedzenie w knajpie obok sklepu.

Po zakupach prężnie ruszamy dalej. Okolica szybko zmienia się w opustoszałą, za to krajobrazy zachwycają swą surowością i kolorystyką zmieniającą się wraz z wędrówką słońca. Trzeba coraz bardziej dbać o zapas paliwa, bo stacje pojawiają się rzadko i do tego nie zawsze da się na nich zatankować. Zaczynamy tęsknić za naszym Orlenem, który jest co kilka kilometrów przy każdej trasie.

Nasza trasa początkowo przebiegająca w głębi lądu zaczyna biec przy samym morskim brzegu. Brzegu różnym od tego, który znamy z Bałtyku. Morze Barentsa czasem wcina się w ląd piaszczystą plażą, innym razem kamienistym brzegiem lub ostrym skalnym klifem. Rozglądając się wokół nie sposób się nudzić.

Dodatkowa atrakcja to renifery dumnie krążące po okolicy i nie bojące się nawet nadjeżdżających pojazdów. Początkowo widujemy po kilka sztuk, jednak już wkrótce przy trasie stoją stada liczące sobie po kilkaset sztuk. Święty Mikołaj z pewnością by miał z czego wybierać chcąc skompletować swój zaprzęg.

W miarę pokonywania kilometrów trasa staje się coraz bardziej pusta. Gdy robimy sobie przystanek sto kilometrów przed Nordkapp wokół nie ma nikogo. Nie przejeżdża żadne auto, a cisza, którą przecinały tylko odgłosy naszych wydechów teraz aż kłuje w uszy.

Tak, zostało nam sto kilometrów do celu, do jednego z kultowych miejsc dla każdego motocyklisty, do miejsca położonego na szczycie Europy. Radość przebija przez zmęczenie, bo przecież jest północ – północ na Północy, tak komentujemy ten fakt w nagrywanym komórką filmie.

Wybrzeże staje się coraz bardziej górzyste. Coraz częściej płaski brzeg jest zastąpiony przez klify dumnie odcinające ląd od morza. Od czasu do czasu trafia się tunel. Wreszcie trafiamy do tego najważniejszego tunelu wiodącego wprost na Przylądek Północny.

Temperatura spada, ale wciąż jest powyżej piętnastu stopni, więc jak na teren daleko za kołem polarnym jest bardzo dobrze. Widoczność wokół doskonała. Po mgłach i deszczu nie ma śladu, a tego baliśmy się najbardziej planując ten kierunek. Ciągła wspinaczka i zwiększająca się liczba zakrętów wróżą koniec trasy.  

O godzinie 2:15 docieramy do celu! Nordkapp zdobyty! Ledwo stoję na nogach ze zmęczenia, jednak radość dodaje sił.

Doskonała pogoda i tylko kilku motocyklistów przy słynnym globusie, to wszystko sprawia, że robimy serię zdjęć z różnych ujęć ciesząc się tą chwilą. Oczywiście musiał też być telefon do domu, nie zważaliśmy na późną porę i sen domowników.  

Lubię takie momenty. Zawsze wtedy zastanawiam się czy ktoś, kto postawił stopę na Mount Everest przeżywa to mocniej czy może tak samo? Czy kilometry przebyte z mozołem w poziomie są tak samo ważne jak te w pionie? Pewnie zależy to od punktu widzenia, ja jednak zawszę lubię moment dotarcia do celu podróży, choć to właśnie wtedy zaczyna się koniec wyprawy.

Cdn…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.