Podróż koleją i wesoły cmentarz – dzień dziesiąty

Ranek w Viseu de Sus wita nas pięknym słońcem. Po wczorajszej kolacji i porcji wina oraz palinki spało się bardzo dobrze… tak do czwartej nad ranem, kiedy to kogut zaczął wyśpiewywać swoje serenady. Tak czy inaczej wstajemy wypoczęci, zajadamy śniadanie od babci Ramony i zasuwamy na stację kupić bilety na kolej parową.


Na stacji jesteśmy dobrą godzinę przed odjazdem parowozów, a i tak okazuje się, że być może załapiemy się na ostatni, rezerwowy skład. Zostawiam numer telefonu i idziemy na kwaterę czekać na sygnał.

Na szczęście godzinę lub półtorej później siedzimy już w wagonie i czekamy na odjazd. Klimat pociągu jest całkiem przyjemny. Wokół uśmiechnięci ludzie, gwarno i wesoło. Ruszamy w trasę. Pomimo, że załapaliśmy się na lokomotywę „diesel” a nie na parową to i tak jesteśmy zadowoleni.

Po kilkudziesięciu minutach jazdy planowany (tak nam mówiono) przystanek na dziesięć minut. Można kupić piwko i pogadać stojąc przed wagonem. Postój przeciąga się jednak sporo, bo okazuje się, że nasza kolej wyzionęła ducha.

Wkrótce podjeżdża „service car” w postaci Forda Transita poruszającego się po torach! Ot, taka ciekawostka. Sprytny pan mechanik naprawia lokomotywę i możemy jechać dalej. Po drodze jeszcze jeden krótki przystanek na rzeczką i jesteśmy na planowanym pikniku.

Miejsce urokliwe. Siedzimy nad brzegiem rzeki, wokół las i znaki ostrzegające przed niedźwiedziami. Muzyka gra lokalne rytmy, obsługa serwuje potrawy z grilla. Ludzie bawią się i rozmawiają. Co ciekawe jest to środek tygodnia.

Po odpoczynku w lokalnym klimacie ruszamy w drogę powrotną i wczesnym popołudniem jesteśmy na kwaterze. Jeszcze pyszny obiad (oczywiście od babci Ramony) przegryzany papryczkami ostrzejszymi niż żyletki Polsilver i ruszamy w drogę.

Rozleniwieni piknikiem i obiadem pierwsze kilometry pokonujemy jadąc „na kwadratowo”, ale brniemy w kierunku granicy.
Droga numer osiemnaście prowadzi nas do Sapanty, gdzie podziwiamy „wesoły cmentarz”. Ciekawe zjawisko. Na nagrobkach zamiast tekstów żałobnych (lub oprócz nich) są narysowane ostatnie chwile zmarłych. Z obrazków można wyczytać, że ten wpadł pod samochód, innego zastrzelili, ale mam wrażenie, że większość leżących tu osób przesadzała z alkoholem. Najczęstszym obrazkiem na nagrobku jest nakryty stół i pół litra.

Zjawiskowość tego cmentarza jest na tyle znana, że musieliśmy zapłacić za wstęp na jego teren.
Przed cmentarzem rozmawiamy chwilę z młodym Polakiem, który sam objechał jeszcze większy kawałek Europy niż my, jednak wraca przez Ukrainę, więc nie kontynuujemy dalszej trasy razem.

Z Sapanty ruszamy dalej w kierunku Satu Mare, gdzie planujemy spać. Niestety nie udaje nam się dotrzeć do celu i z uwagi na noc zatrzymujemy się w jednej z mniejszych miejscowości po drodze. Z noclegiem nie było najłatwiej, bo miejsce mało turystyczne.

Docelowo śpimy w przydrożnym motelu wyposażonym „na bogato” i z marmurami na schodach i posadzkach. Jeszcze tylko łyk rumuńskiego piwa i idziemy spać. Świadomość, że już nazajutrz opuścimy ten piękny i przyjazny kraj nie napawa nas jednak optymizmem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.