Rosja – przecieramy szlaki

Murmańsk – miasto znane głównie jako baza okrętów w czasie wojny. Pomysł wyjazdu w tym nietypowym kierunku zrodził się w czasie pewnego spotkania lekko zakrapianego sfermentowanym ziemniakiem.

Rzut oka na mapę, szkic trasy i wyszło, że grzechem byłoby nie jechać „przy okazji” na Nordkapp, przecież to tylko niecałe osiemset kilometrów dalej. Postanowione! Ruszamy na Północ, by z siodła motocykla zobaczyć Morze Barentsa.

Internetowe konsultacje dały nam wiedzę, że trasę przez rosyjską Karelię warto ułożyć po zachodniej stronie jeziora Ładoga. Pozostała część trasy daje raczej małe możliwości wyboru – albo jedzie się główną drogą albo przedziera się przez lasy, bagna i małe wioski ułożone w pobliżu granicy fińskiej. Z uwagi na czas jakim dysponujemy wybieramy trasę asfaltową.

Noc przed wyjazdem jest jak zwykle krótka i nerwowa. Spontaniczne przygotowania nie dają pewności, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Najważniejsze, że wizy są w kieszeni, a paliwo w baku.

Ruszamy wcześnie rano i Polskę pokonujemy w ekspresowym tempie, jadąc głównie drogami szybkiego ruchu i autostradą. Tym sposobem nadrobiliśmy sporo czasu i zamiast noclegu w Kownie jedziemy dalej i śpimy o ponad dwieście kilometrów dalej w kierunku granicy z Rosją.

Litewska noclegownia to gospodarstwo agroturystyczne na obrzeżach jednego z mniejszym miast. Śpimy w jednej ze starych chat, a wieczór mija nam na pogaduchach i kosztowaniu lokalnego piwa, które okazało się wyśmienite.

Nazajutrz ruszamy w kierunku Rosji. Chcemy tam dotrzeć jak najszybciej, bo nie wiemy ile czasu zejdzie nam na przejściu granicznym. Kilka godzin później okazuje się, że złe wróżby się potwierdziły i w ten oto sposób spędzamy siedem godzin stojąc w upale i czekając na odprawę po rosyjskiej stronie. Jak się później okazuje panuje tam zwyczaj, że Rosjanie mają bezwzględne pierwszeństwo i dopóki podjeżdżały rosyjskie auta my staliśmy przy okienku, wciąż licząc na łaskę celników.

W całej tej mało śmiesznej sytuacji pomaga nam dopiero polski ksiądz poznany na przejściu, który prosi celnika o to, by nas odprawił i jednocześnie oferuje nocleg z którego korzystamy z uwagi na późną porę i brak szans na szukanie innych alternatyw.

Po wypełnieniu stosu deklaracji dostajemy pieczątki w paszporty i karteczki migracyjne do kompletu – możemy jechać dalej. Tuż za granicą wymieniamy w małym sklepie spożywczym dolary na ruble, kawałek dalej tankujemy paliwo na stacji rodem z czasów sowieckiego sajusza i po zmroku docieramy do Pskowa. To właśnie tam musimy doszukać się polskiej parafii, gdzie mamy umówiony nocleg.

W poszukiwaniach „katolickiej cerkwi” pomaga nam rosyjska rodzinka zaczepiona przy drodze. Jeden z mężczyzn wsiadł w auto i zaprowadził nas wprost pod bramę parafii księdza Krzysztofa. Taka bezinteresowna pomoc jest jak się później okazało często praktykowana przez Rosjan. Noc spędzamy na parafii, posileni polskim bigosem i białą kiełbasą.

Nazajutrz ruszamy dalej w kierunku Północy. Postanawiamy, że Saint Petersburg zostawimy sobie na koniec wyjazdu, a teraz miniemy go od strony zachodniej, jadąc przez Kronsztad. Po drodze kupujemy rosyjskie karty SIM, aby mieć zawsze pod ręką Internet.

Zatoka Fińska – kraniec morza Bałtyckiego jest obstawiona okrętami wojennymi różnej formy. Dla nas, szczurów lądowych to wyjątkowo atrakcyjny widok. Jak się później dowiadujemy były to przygotowania do wielkiej parady wojskowej w Saint Petersburgu.

Po minięciu Bałtyku jedziemy wzdłuż największego jeziora w Europie – jeziora Ładoga. Ogrom wody robi wrażenie. Jezioro jest sto sześćdziesiąt razy większe od jeziora Śniadrwy! Coraz bardziej dociera do nas, że Rosja to potęga nie tylko militarna, ale również przyrodnicza. Lasy, rzeki jeziora – to wszystko jakby większe, bardziej dzikie.

Wielka powierzchnia lustra wody sprawia, że nagle zmienia się pogoda, robi się chłodniej i bardziej pochmurnie. Na całe szczęście nie pada deszcz i suchy asfalt pozwala się nacieszyć drogą, która składa się w tej okolicy z setek zakrętów, górek i dołków. Motocykl pochyla się raz na prawo, raz na lewo niczym na rumuńskiej Transalpinie, a nasza trójka ma pod kaskiem coraz większe uśmiechy. Istny rollercoaster!

Kolejny dzień wyjazdu kończymy w jednej z wiosek położonych nad brzegiem jeziora rozkoszując się widokiem z tarasu i coraz dłuższym dniem. Ustalamy też trasę na kolejny dzień, który ma być pierwszym, gdzie poza nabijaniem kilometrów będzie także zwiedzanie.

Naszym celem stał się kamieniołom, z którego wydobywany był między innymi kamień do budowy Saint Petersburga. Obecnie to spory obiekt turystyczny, gdzie można odbyć długie spacery wyznaczonymi szlakami, podziwiać skały lub popływać łodzią po turkusowych wodach zalewiska. My skorzystaliśmy z możliwości przejazdu tyrolką z jednego krańca kamieniołomu do drugiego. Odwiedziliśmy też znajdujące się w pobliżu wodospady, które w połączniu z otaczającą je zielenią dawały znakomitą kompozycję wizualną i pozwalały odetchnąć od potwornego upału.

Cdn…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.