Sankt Petersburg, część II

Noc w klubie motocyklowym upłynęła hucznie i w znakomitych humorach napędzanych przez wypite hektolitry whisky wracamy rano do hotelu. Niestety tego dnia nie udało nam się zjeść śniadania wliczonego w cenę noclegu. Nie udało nam się to ani razu podczas całego pobytu. Dobrze, że za ścianą byłe restauracja, gdzie już w pierwszy dzień ustaliliśmy, który stolik będzie nasz i był nasz do końca wyjazdu.

Pogoda wyśmienita zatem po późnym śniadaniu zjedzonym około południa ruszamy zwiedzać miasto. Petersburg to olbrzymie miasto, a nasze motocykle stoją na hotelowym parkingu. Postanawiamy zwiedzać pieszo wspomagani przez Google Maps.

Wszystko jest tu olbrzymie. Ulice, budynki, dworzec, pałace i kościoły. Mało które miasto na świecie wygląda w ten sposób. Uroku dopełniają wszechobecne kanały, którymi na łodziach, motorówkach lub skuterach wodnych poruszają się mieszkańcy i turyści.

Od hotelu do centrum mamy około siedem kilometrów. Spokojnym krokiem zmierzamy do celu. Wielki plac przy Kolumnie Aleksandrowskiej za dnia również pełen jest ludzi. To miejsce podczas całego pobytu było naszym punktem wyjścia i punktem, gdzie kończyliśmy wędrówki. Chyba nie byliśmy jedyni, którzy tu wracali.

Budynki nad rzeką Neva za dnia wyglądają trochę blado, wokół pełno turystów i do tego niemiłosierny upał. Takiej pogody dawno tu nie mieli. Podziwiamy raz jeszcze to, co widzieliśmy zeszłego dnia wieczorem i staramy się dotrwać w rozgrzanym przez słońce mieście do wieczora.

Właśnie wieczorem i nocą centrum rozkwita. Ilość turystów i mieszkańców na ulicach maleje powoli, ale robi się luźniej. Z każdą godziną zapadającego zmroku lepiej widać fasady budynków oświetlone w różnych kolorach. Wszystko zrobione ze smakiem. Patrzy się na ten przepych i bogactwo, ale patrzy się na to z podziwem.

Po północy podnoszone są zwodzone mosty na rzece. Nie można już przedostać się na drugą część miasta, ale można być świadkiem tego cudnego spektaklu. Najlepiej ogląda się to z poziomu łodzi wożących turystów po wodach Nevy. Kupując bilet na taki rejs poznaje się historię miasta opowiadaną przez lektora. Rejs trwa dość długo, a łodzie opływają spory kawałek Petersburga. To miasto nie zasypia zatem noc w hotelu kończy się znów o bladym świcie. Oczywiście śniadanie znów przesypiamy…

Kolejny dzień spędzamy bardziej motocyklowo. Idziemy na największy w Europie zlot Harley Davidson. Przygotowania widać było już od kilku dni. Nie muszę chyba pisać, że skala tej imprezy była olbrzymia, jak cały ten kraj. Kawał dzielnicy został odgrodzony i zaparkowały tam tysiące maszyn, gównie spod znaku HD, jednak nie było to ogranicznikiem. Mnóstwo bajkerów z całego świata, wielka scena, beczki piwa. Nie spędzamy tam jednak całego wieczoru i ruszamy dalej w miasto.

Trudno by tu opisać wszystko, co się działo, ale było wesoło. Do końca obalamy telewizyjny mit, że Rosjanie nie lubią Polaków. Są weseli, towarzyscy, chętni do rozmowy i pomagają nam nawet obejść zakaz sprzedaży alkoholu po godzinie 21. Na koniec naszych wojaży pozbawieni gotówki i z rozładowanymi telefonami zagadujemy chłopaka na autobusowym przystanku, żeby zamówił nam taxi. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy chłopak wskazał swoje auto i odstawił nas pod hotel nie chcąc za to ani grosza. Po drodze ucinamy sobie fajną pogawędkę. Zdarzyło się Wam coś takiego za zachodzie Europy? Po czterech dniach ruszamy do domu. Trochę już stęsknieni, pełni nowych doświadczeń i spełnieni w podróży wracamy do domu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.