Sankt Petersburg

Ruszyliśmy w kierunku Pietrozavodska, który podczas podróży na Północ objechaliśmy tylko wokół z daleka. Tym razem postanowiliśmy spędzić tam jeden z wieczorów.

Jezioro Onega

Trasa znad Morza Białego do Pietrozavodska za dnia przebiegała dość monotonnie. Gdyby nie braki w paliwie, roboty drogowe i wraki rozbitych samochodów w rowie, to pewnie by nas znużył sen. To pewnie sen właśnie był przyczyną tego, że tyle aut wylądowało w pobliskich rowach. Ile można jechać prostą, równą trasą w upalny dzień?

Z racji późnego startu do celu dojechaliśmy późnym wieczorem i zaczęły się poszukiwania noclegu. Booking.com i już po chwili mieliśmy kwaterę w hotelu, który z zewnątrz wyglądał jak pałac. Cały oświetlony z wielkim przedsionkiem i szerokimi schodami na wejściu. Z opisu turystów same zachwyty.

Ten hotel wkrótce uświadomił nam, że nie tylko flota w Rosji jest na pokaz. Trafiają się też takie budynki, nawet te hotelowe. Nie wiem jak wyglądają korytarze i pokoje w najdroższej części tego gmachu, ale nasze przypominały pensjonat z czasów PRL.

Na pocieszenie wypijamy po dwa piwka zajadając przy tym chipsy zrobione z suszonych małych rybek i udajemy się w objęcia Morfeusza.

Poranne śniadanie, a raczej jego otoczka wygląda nad wyraz kontrastowo. Wielka oświetlona sala, piękne stoły, dekoracje, nakrycia. To chyba o tym pisali w opiniach na booking’u. Rozczarowanie pokojami hotelowymi nadrabiamy obfitym śniadaniem i w potwornym upale ruszamy dalej w kierunku Petersburga – miasta, które zostawiliśmy sobie na koniec, jako ukoronowanie całej trasy.

Odległość między Pietrozavodskiem a Petersburgiem była już niewielka, zatem pokonujemy ją dość szybko, choć objazd jeziora Łagoda wschodnią stroną jest nudny jak „Moda na sukces”. Do celu docieramy za dnia, co zdarzało nam się do tej pory bardzo rzadko.

W pierwszej kolejności docieramy do jednego z klubów motocyklowych, który polecono nam na jednym z forów internetowych. Klub faktycznie przyjął nas bardzo dobrze, od razu proponując darmowy nocleg. Grzecznie odmawiamy obiecując powrót wieczorem, a za dnia jeszcze tylko wymieniamy pieniądze i spijamy z chłopakami po kuflu kwasu chlebowego. Co ciekawe przy stole jesteśmy jako przedstawiciele Polski, Ukrainy, Islandii i Rosji. Gdzie ten podział i nienawiść znane z telewizji?

Klub motocyklowy

Petersburg to olbrzymie miasto, emanujące przepychem i bogactwem. Podobno każde mocarstwo ma w swym posiadaniu takie perełki. W Rosji to Petersburg i Moskwa. O wielkości miasta niech świadczy fakt, że czasem z punktu do punktu w jego granicach było kilkadziesiąt kilometrów.

Udało nam się znaleźć hotel w pobliżu centrum, bo mieliśmy do niego zaledwie siedem kilometrów. Motocykle bezpiecznie udało się zaparkować na hotelowym podwórzu i po szybkim prysznicu ruszyliśmy zwiedzać miasto.

Nocą to miasto wygląda przepięknie. Majestatyczne budowle nad rzeką Newa, oświetlone i odbijające swe oblicza w rwącej wodzie, statki zaparkowane w centrum miasta, mnóstwo ludzi od zmierzchu do świtu. Odwiedziłem już wiele miejsc na świecie, ale tutaj w Rosji wszystko jest w skali makro. Budynki i rozmach przy ich zdobieniu też muszą być takie.

Petersburg

Dwugodzinny spacer dal nam zaledwie cząstkę tego, co tu można zobaczyć. Tego dnia nie mamy już sił na dalsze zwiedzanie i udajemy się do klubu motocyklowego, gdzie spędzamy resztę wieczoru.

Łódź podwodna w centrum – to takie oczywiste

Oczywiście trasa do klubu nie obyła się bez atrakcji. Taksówkarz na wstępie miły i gadatliwy na zakończenie kursu krzyknął nam cenę czterokrotnie wyższą niż się należała. Lekko sprostowany przez nas, a następnie przez chłopaków z kluby zszedł z tonu. To niestety dość częsty zwyczaj w tym mieście. Cena czasem jest podbijana dziesięciokrotnie! Trzeba wtedy użyć kilku słów potocznie uznanych za obraźliwe lub wcześniej skorzystać z aplikacji, gdzie cenę za kurs ustala się z góry. Teraz już to wiemy…

Jako, że w Petersburgu spędziliśmy cztery dni ta relacja będzie rozbita na dwie części. Ciąg dalszy nastąpi…    

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.