Spotkanie z Aloszą

Z kamieniołomów i wodospadów ruszamy dalej w stronę trasy E105 prowadzącej do pierwszego z celów – Murmańska. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach zamiast jechać główną trasą szukamy na mapie mniejszych dróg, które lekkim skosem miały nas zaprowadzić tuż za Pietrozawodsk.

Pauza nad jeziorem

Jak się chwilę później okazało droga, która wyglądała dobrze na mapie w rzeczywistości była drogą szutrową. Rosyjskie szutry przypominają w wielu przypadkach te litewskie czy łotewskie. To szeroka droga, wyrównana i utwardzona dużą ilością kamienia. Jakość tego podłoża sprawia, że jedzie się po nim prawie jak po asfalcie, tylko w sporej ilości kurzu zwłaszcza, że mijane po drodze ciężarówki nie krępują się rozwijać sporych prędkości.

Szutrowa autostrada

Szutrem pokonujemy blisko sto kilometrów. Niestety końcowy odcinek drogi był chyba niedawno uzupełniany i leży na nim dużo luźnego kamienia. Na tych kamieniach koła motocykla często uciekają w jedną czy drugą stronę. Gdy już wreszcie widać asfalt przegrywam walkę po tym, jak przednie koło zatopiło się w nasypanej grubej warstwie granitu i klasycznym ślizgiem przelatuję na lewe pobocze.

Gdy tak leci się dupskiem po asfalcie będąc ponad dwa tysiące kilometrów od domu można zauważyć fenomen ludzkiego umysłu. W te kilka sekund przewija się plan jak wrócić do domu jeśli motocykl będzie rozbity, jak daleko do najbliższego szpitala, czy uda się jechać dalej itp. Obraz zmienia się jak na filmie video przewijanym na podglądzie w starym magnetowidzie.

Na szczęście lądowanie wyszło nie najgorzej i już po chwili stoję obok leżącego motocykla z obolałym piszczelem i w podartych portkach. Na szczęście nic się nie złamało i nie pękło, poza podnóżkiem kierowcy w mojej Hondzie. Gmole uchroniły motocykl, a nowy komplet odzieży moją skórę. Jeszcze chwila i ruszamy dalej w kierunku północnym.

Po kilkudziesięciu kilometrach docieramy do głównej drogi, gdzie jemy posiłek i ustalamy, że jedziemy do czasu do kiedy wystarczy nam sił. To było mocne postanowienie, bo w środku nocy docieramy do Polarnego Kręgu. Wraz z upływem kilometrów zmienia się otoczenie, które staje się coraz bardziej surowe. Sosny, które nie wyrosły zbyt wielkie z uwagi na surowość klimatu,bagna, jeziora i stawy – to wszystko towarzyszy nam przez większą część z 1340 kilometrów, jakie tego dnia pokonujemy (tak, pokonaliśmy wtedy 1340 km!).    

Polarny Krąg

Jadąc tą drogą można sobie uświadomić wielkość Rosji. Drogowskazy wskazują setki kilometrów dzielące nas od miasta, a jedyne oznaki cywilizacji to stacje paliw. Mniejsze miasteczka i wioski znajdują się co najwyżej po kilkadziesiąt kilometrów w bok od naszej trasy. Przy drodze pustka.

Rano docieramy do pierwszego celu – Murmańska. Brak nocy w tym rejonie świata sprzyja pokonywaniu długich dystansów. Zmęczeni jak cholera, po krótkiej drzemce w przydrożnym rowie meldujemy się w znalezionym przez booking.com hotelu z widokiem na Aloszę –monument żołnierza, który pilnuje miasta na wypadek ataku z Zachodu.

Drzemka przy trasie

Upragniony prysznic stawia nas na nogi, zmęczenie mija i już po chwili delektujemy się napojem ze sfermentowanej kukurydzy zajadając obiad.

W Murmańsku planujemy zostać dwa dni, by zwiedzić atrakcje,o których czytaliśmy w internecie. Pierwszym celem stał się lodołamacz Lenin. Okręt z bogatą historią i atomowym napędem, który przez lata torował innym łodziom drogę przez surowe wody Północy, a obecnie jest zacumowany w murmańskim porcie i robi za muzeum.

Lodołamacz Lenin

Niestety szybko się rozczarowaliśmy, bo okręt tego dnia można oglądać jedynie z zewnątrz i do tego z daleka. Jacyś rosyjscy dygnitarze zrobili sobie na jego pokładzie spotkanie i okolica obstawiona policją.

W porcie, obok Lenina poznajemy dwójkę Rosjan z którymi kontynuujemy przez jakiś czas zwiedzanie miasta i rozwijamy przyjaźń Polsko – Rosyjską,zakrapiając pogaduchy Dżonem Łokerem, którym nas poczęstowano.

Kolejne punkty to pomnik Kurska – zatopionego okrętu podwodnego, latarnia morska i olbrzymi pomnik Aloszy. Ten ostatni jest wielki jak cała Rosja i do tego groźnie spogląda na Zachód pilnując nadmorskiej granicy. Nie wiem ile na ten posąg przeznaczono betonu i ile waży ta konstrukcja, ale żadnej większej budowli tego typu do tej pory nie widziałem. No może da się to jedynie porównać do Matki Ojczyzny z Kijowa.     

Alosza

Wracając do centrum starą taksówką w potwornym upale ucinamy sobie krótką pogawędkę z kierowcą. Taxi zostawia nas na głównej ulicy Murmańska i niestety trudno to porównać do znanych nam miast Europy… nawet tych małych.

Murmańsk to młode miasto portowe, więc urokiem nie powala.Nas wręcz rozczarowało. Brak ścisłego centrum i starego miasta typowego dla wszystkich zachodnich miast. Gród ma 120 lat, więc pięknych kamienic też nie uświadczyliśmy.Trudno było nawet znaleźć knajpę, żeby smutek ukoić chłodnym piwem. Są za to motocykliści. Jeżdżą w te i z powrotem główną aleją, bez zakrętów, bez widoków –nuuuudaaaa.

Wieczorem dowiadujemy się jeszcze jednego – po 21 piwa, whiskey czy rosyjskiej wódeczki nie kupisz! Czy to nie straszne? Widno całą dobę, nudy jak cholera i nawet procentem się człowiek nie uraczy, bo zakaz.

W hotelu, już po powrocie ze zwiedzania postanawiamy, że nazajutrz jedziemy na motocyklach do portu raz jeszcze spróbować wejść na pokład Lenina, a następnie dalej za miasto szukać zaparkowanych łodzi podwodnych i wykąpać się w Morzu Barentsa.

Cdn…       

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.