„W poszukiwaniu… dentysty” – dzień piąty

Dzień piąty, 08.08.2014

Wstajemy – jak co dzień… różnica polega tylko na tym, że Justa trzyma się trochę mocniej za jeden z polików. Niestety ból zęba nie ustąpił i po śniadaniu ruszamy w kierunku Sibiu z nadzieją na znalezienie dentysty. Ciężko rozstać się z bardzo miłymi ludźmi, którzy gościli nas przez dwa dni, ale trzeba jechać dalej.

Droga pomiędzy Sebes a Sibiu przebiega dość szybko – to przecież zaledwie około sześćdziesięciu kilometrów. Docieramy do miasta, które wygląda dość pokaźnie i rozpoczynamy szukanie stomatologa.

Kierujemy się w stronę miejskiego szpitala i po drodze jest gabinet – bingo! Czym prędzej ruszamy w jego kierunku. Niestety wkrótce okazuje się, że Pani doktor nas nie przyjmie, bo nie mamy zdjęcia RTG zęba. Hmmm, to przecież oczywiste, że każdy z nas zabiera na wakacje zdjęcia swoich zębów…

Ruszamy dalej w kierunku szpitala z nadzieją, że tam pomogą, lecz wcześniej znajdujemy kolejny prywatny gabinet. Rozmowa polsko – rumuńsko – angielska kończy się informacją, że Pani doktor jest na urlopie. Co za pech. Przy okazji poznajemy nowe rumuńskie słowo – „dupa”. Brzmiało komicznie, jak nasza rozmówczyni powtarzała je co chwilę. Oczywiście po rumuńsku ten zwrot nie służy do określania zakończenia pleców.

Otrzymujemy kolejne wskazówki i znowu nic z tego. Tak jeszcze z godzinę. Wreszcie któreś z nas zauważa szyld gabinetu dentysty. Parkujemy i idziemy zapytać czy nam pomogą.

Wchodzimy do gabinetu i rozpoczynam rozmowę z dentystą… to jest dentystką. Dentystki są tam trzy… i to jakie! Męski skład ustala jednoznacznie – od dziś zęby leczymy w Rumunii.

Pani doktor płynnie mówi po angielsku i szybko wyjaśniamy o co chodzi. Niestety znów pada pytanie o zdjęcie RTG. Co oni mają z tymi fotkami w negatywie?

Tym razem jednak dentystka sama robi zdjęcie, a raczej zdjęcia, bo po chyba czterech próbach nic nie wychodzi. Ku naszemu zadowoleniu prace trwają dalej mimo to.

Dobrze ponad godzinę później ząb naprawiony i wyprawa uratowana. Płacimy stówkę, dostajemy wizytówkę, receptę i ruszamy dalej. Wreszcie można szukać trasy na jaką dziś oczekujemy z niecierpliwością – droga krajowa 7C, znana powszechnie jako Transfogaraska.

Trasa ta została została okrzyknięta przez Jeremiego Clarksona najlepszą drogą na świecie. Nasze odczucia będą trochę inne, ale o tym za chwilę.

Docieramy do upragnionej trasy i zaczyna się zabawa. Zakręt za zakrętem, strome podjazdy i ciekawe widoki. Po kilku kilometrach jazdy stajemy na chwilę przekąsić kanapkę i zrobić łyka picia. Niestety chyba goni nas burza, bo w oddali słychać pomrukiwania nieba.

Po krótkim postoju ruszamy i nie jedziemy zbyt daleko, bo właśnie zaczyna padać deszcze. W zasadzie powinienem napisać, że zaczyna lać deszcz.

Znów postój, znów wbijanie się w deszczówki poprzedzone rozkładaniem bagaży. Żadne z nas chyba tego nie lubi, a robimy to już któryś raz na tej wyprawie. Znowu deszcz zepsuł nam zabawę. Nic już nie będzie z szybkiej jazdy po zakrętach. Zrobiło się ślisko.

Po kolejnym odcinku jazdy stajemy zrobić kilka fotek, bo okolica ładna. Jarant tańczy taniec Voodoo, ja przeklinam pod kaskiem, a kobiety zrezygnowane stoją obok. Dalej leje deszcz, a my zastanawiamy się gdzie będą zakręty znane z wielu zdjęć z tej trasy. Wspomniane zakręty pojawiają się kawałek dalej i z daleka wyglądają ciekawie. Tylko z daleka tak wyglądają. Z bliska przyjemność z jazdy psuje kiepski asfalt, do tego mokry i śliski. Zapobiegawcza jazda nie daje takiej przyjemności. Opinia Clarksona zostaje przez nas całkowicie pogrzebana.

Trasa jest warta odwiedzenia z jednego, niepowtarzalnego powodu – widoków, jakie roztaczają się wokół. Przystajemy kilka razy i robimy sporo fotek. Widok na trasę i na otaczające góry zapiera dech w piersiach. Rzadko można doświadczyć takich emocji.

Na jednym z kolejnych postojów spotykamy się z Tomkiem. Ponowne spotkanie w obcym kraju, w górach i bez umawiania się! Tomek przejeżdża tą trasę w odwrotnym kierunku. Wymieniamy opinie o przejechanych odcinkach i rozmawiamy dłuższą chwilę.

Ciągle pada deszcz. Chyba przestało nam to przeszkadzać. W trakcie rozmowy z Tomkiem obserwujemy bajkera, który nie zebrał zakrętu i jadąc ze 30 km/h oraz szorując stopami po asfalcie przecina na wprost oba pasy. Ciekawe jak sobie poradził na dalszych winklach, bo najlepsze było przed nim?

Pogadaliśmy, odpoczęliśmy i ruszamy dalej. Zakręty już nie są takie ciasne, ale dalej zabawa jest fajna. Mniemy dalej. Już prawie można zamknąć oczy i prowadzić, bo droga robi się szablonowa. Zakręt, zakręt, mostek, zakręt, zakręt, mostek… i tak do bólu. Z zastoju wyrywają nas przez moment psy, które wyskoczyły z pobocza z zamiarem odgryzienia nam nóg, ale jakoś dało się je ominąć.

Docieramy do miejsca kolejnego krótkiego postoju nad jeziorkiem. Pogoda coraz lepsza, co cieszy nas niezmiernie. Ściągamy deszczówki i podziwimy okolicę. Okolica ładna, jednak krajobraz psują śmieci pływające w wodzie. Jest jeszcze napis Ceresit – kto na Boga miał pomysł, żeby namalować na skale takie coś! Napis daje po oczach bardziej niż neony w Las Vegas.

Dalsza droga pomiędzy górami jest bardzo malownicza. Nieświadomie mijamy jeden z zamków Drakuli. Kierujemy się dalej w kierunku stolicy kraju i tu zaczyna się problem. W baku Jaranta świeci pustką, a stacji benzynowej nie widać. W lekkich nerwach jedziemy i jedziemy. W moim zbiorniku zapas troszkę większy, więc w głowie już układam plan awaryjny.

Na szczęście po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach trafiamy na małą stację i tankujemy do pełna. Paliwa mieliśmy faktycznie bardzo mało.

Już bardziej wyluzowani jedziemy dalej, szukamy noclegu, kolacja, piwko i spać. Jutro półmetek naszej wyprawy i wizyta w stolicy Rumunii – Bukareszcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.