Ak – Baital – mamy to!

Powoli zbieramy siły na dalszą drogę. Zmiana ciśnienia spowodowana pobytem na dużej wysokości wyssała z nas resztki energii, ale trzeba ruszać dalej. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie tego dnia dojedziemy do miejsca znanego wielu bajkerom, miejsca kultowego niczym Nordkapp – do przełęczy Ak-Baital.

Pierwsze kilometry szły nam dość mozolnie, głowa nadal bolała, ale jazda po dziurawym asfalcie i okoliczne widoki powoli pompowały w nasze żyły adrenalinę i choroba wysokościowa schodziła na dalszy plan. Od miejsca noclegu do ostatniego miasteczka przed przełęczą mieliśmy jakieś dwie godziny drogi. Przez ten czas nasze organizmy wróciły do normy.

Jazda w kierunku Murgob toczyła się po równinie, wypłaszczeniu pomiędzy wysokimi szczytami górskimi. Droga była w większości prosta, a asfalt nie wymagał już cyrkowych sztuczek podczas omijania dziur. Gdyby nie otaczające nas widoki, to można by rzec, że było trochę nudno.

Od czasu, do czasu nasze myśli krążące pod kaskiem wyrywały się z marazmu i mogliśmy obserwować zwierzaki przypominające świstaki, tylko bardziej futrzaste. A może to były świstaki?

Kiedy w oddali zaczęło się pojawiać miasto, nie zaskoczyło nas ono swym obliczem. Mnóstwo chaotycznie ustawionych domków, budowanych z kamieni i spoiwa zrobionego z lokalnych surowców. Co jakiś czas ludzie, ale nie ludzie których znamy z naszych miast. Tam każdy kroczył wolno, rozmawiał z towarzyszem spaceru lub napotkanym sąsiadem. Nikt się nie spieszył, wszystko toczyło się swoim, znanym od wieków rytmem.

Nowością w Murgob było to, że wreszcie ujrzeliśmy też kable i słupy elektryczne. To miasto miało elektryczność, co nie jest normą w tym rejonie. Później gdzieś wyczytałem, że jest to jedyne miasto na „dachu świata”, które dostało elektryczność za czasów ZSRR.

Nauczeni doświadczeniem spojrzeliśmy na mapę i postanowiliśmy zatankować motocykle. Kolejnych większych osad na mapie nie było, a do granicy z Kirgistanem jeszcze kawałek został. Niebawem znaleźliśmy stację, ale nie przypominała ona Orlena. Dystrybutor to kilka beczek z paliwem, a miarka to baniaki o ustalonej kubaturze. Podobał nam się ten lokalny klimat, do tego jeszcze motocykl z napisem „taxi” stojący obok budynku. Może nie było hot-doga i kawy, ale było coś, czego brakuje często w naszej części świata – można było swobodnie zamienić kilka zdań z obsługą i nikt z tyłu kolejki nie narzekał.

Murgob nie jest dużym miastem, więc minęliśmy je szybko. Znów wtopiliśmy się w drogę biegnącą między wysokimi szczytami, mając już po chwili na wyciągnięcie ręki granicę z Chinami. Granica przebiegała tuż przez wzniesieniami. Podobno ta prawdziwa, urzędowa przebiega kawałek dalej i wyżej, ale Chiny wykroiły sobie kawałek Tadżykistanu w zamian za zadłużenie.

Nawet w najśmielszych marzeniach nie pomyślałbym kilka lat temu, kiedy zaczynałem przygodę z wyprawami motocyklowymi, że dane mi będzie dojechać na kołach do granicy z Chinami. Wtedy wyjazd do Czech wydawał mi się długą wycieczką. No cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ciekawe tylko czy za kilka lat przejazd przez Pamir, też wyda mi się taki „zwykły”?

Jadąc wzdłuż granicy wyznaczonej drutem kolczastym, wyszukiwaliśmy dziury w ogrodzeniu. Jak tylko taka się trafiła, ruszyliśmy zrobić pamiątkowe foto w Chinach i zabrać pamiątkowy kamyczek. Służba celna w tej okolicy chyba daje lekki odpust, bo żaden oficer czy dron nas nie namierzyli i cała procedura pozyskania pamiątek przebiegła bez zgrzytu.

Choroba wysokościowa odpuściła całkiem lub ustąpiła miejsca adrenalinie. Tak, czy inaczej czuliśmy się dobrze, na tyle dobrze, że prawie minęliśmy tablice, która zaznacza najwyższą przełęcz tej drogi. W ostatniej chwili wcisnęliśmy hamulec i… mamy to!!! Dwa lata planowania i marzeń. Beż pośpiechu, bez zbędnej spiny, przy pięknej pogodzie i poznając cudownych ludzi dojechaliśmy. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie chce być chyba każdy bajker – podróżnik. Postawiliśmy stopę na jednej z najwyższych przełęczy świata, gdzie da się wjechać motocyklem. Dach świata zdobyty!

Każdy wyjazd motocyklowy sprawia, że droga jest celem, jednak każda taka wyprawa ma miejsce, które uznaje się za punkt, stanowiący jej kulminację. Ak – Baital to był właśnie ten punkt. Co się czuje po tylu miesiącach zbierania pieniędzy i robienie planów, tylu tysiącach kilometrów, wysiłku, chorobie wysokościowej? To czysta satysfakcja.

…ale to nie koniec. Jechaliśmy przecież dalej!

Ak-Baital zdobyte!

Powiązane

Pozostaw komentarz