Białe noce na pograniczu Rosji i Estonii

Po obejrzeniu wodospadów skierowaliśmy się w stronę wschodniej granicy Estonii, do miejscowości Narwa. To miasto jest północno-wschodnim krańcem Estonii. Do czasu II wojny światowej zamieszkiwała tu ludność estońska, jednak na czas odbudowy zniszczeń powojennych sprowadzono tam wielu Rosjan i to oni są do dziś przeważającą grupą etniczną.

Nauczeni doświadczeniem z poprzednich dni wyprawy postanowiliśmy zaopatrzyć się wcześniej w napoje wyskokowe. Zatrzymaliśmy się w miasteczku, kilka kilometrów przed Narwą. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy spotkaliśmy tam Polaka – Kamila, który pracuje w Estonii.

Miło było chwilę pogadać z kimś, kto zna okolicę. Było to nasze jedyne spotkanie z kimś z ojczyzny od czasu przekroczenia granicy. Ten kierunek podróżowania chyba nie jest wśród nas zbyt popularny.

Do Narwy dojechaliśmy dość wcześnie. Od razu udaliśmy się pod drzwi wcześniej zarezerwowanego przez booking.com hotelu. Noclegowania pomimo niezbyt wysokiej ceny prezentowała się całkiem dobrze.

Szybki rzut oka na mapę okolicy i już mieliśmy nakreślony cel wieczornych wędrówek. Ruszyliśmy w kierunku rzeki Narwy, do miejsca gdzie woda dzieli Estonię i Rosję. Rzeka dzieli też miasta, które kiedyś stanowiły jedność – Narwę i Iwangorod.

Podczas wędrówki już z oddali wyłania się przejście graniczne oraz monumentalny zamek Hermana wzniesiony w XII w. przez Duńczyków. Wysokie mury budowli oraz królująca nad nimi wysoka, pięćdziesięciometrowa wieża robią wrażenie.

Wrażenie robi także wniesiona niedługo później przez księcia moskiewskiego Iwana III Wasiljewicza twierdza znajdująca się po drugiej stronie rzeki. Iwangorod to już teren Rosji, zatem drugą budowlę podziwiamy z oddali.

Po tym jak minęliśmy przejście graniczne, ciekawie wkomponowane w infrastrukturę miasta doszliśmy nad rzekę, wprost pod mury twierdzy. Rzeka Narwa przykuwała uwagę swą potęgą. Pomimo tego, że znajdowaliśmy się zaledwie kilka kilometrów od jej ujścia do Bałtyku, ciąg wody był bardzo silny.

Cała okolica lśniła w blasku latarni, a całości dopełniały „białe noce”, które sprawiały, że ciemności nocne nie zapadały.  Naprawdę miło było spacerować w takiej scenerii, aż żal, że czas mocno nas ograniczał. Od następnego dnia zaczynał się nasz powrót i jazda w kierunku domu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.