Buchara – piękno sprzed wieków

Buchara to miasto, które znaliśmy z pięknych fotografii oraz filmów na YouTube. Założona około pierwszego wieku osada, jest obecnie jedną z największych atrakcji turystycznych Azji Środkowej. Miasto było podbijane przez Turków, zniszczone przez Dżingis-chana i zdobyte przez Timura. Chcieliśmy poczuć ten wschodni klimat na własnej skórze i nacieszyć oko pradawną architekturą.

O drodze do Buchary można napisać to, co już pisałem. Prosta, pusta, brak paliwa i żar lejący się z nieba. Niezmiennie pokonywaliśmy kolejne kilometry. Popołudniem dojechaliśmy do celu,  niewielkiego motelu położnego dziesięć minut marszu od starego miasta.

Już podczas zamawiania noclegu na booking.com w oczy rzucił nam się widok motocykli zaparkowanych w przedsionku. Okazało się, że to miejsce to punkt, gdzie spotykają się podróżnicy jadący do Pamiru lub Mongolii.

Po chwili nawiązaliśmy pierwsze kontakty. Przywitał nas Szwajcar, który wraz z córką był już trzy miesiące w trasie. Jako cel owa dwójka wybrała sobie Mongolię. Może nie jest to bardzo zaskakujące, ale jechali na motocyklach wyprodukowanych w 1972 roku! Jedna z maszyn to Kondor – motocykl szwajcarskiej armii, a druga to Ducati. Tak, Ducati, które w Polsce ma sławę drogiego i wciąż psującego się sprzętu.

Poza Szwajcarami w motelu byli Austriacy, Niemcy i Polak. Chłopak z Polski podróżował po Wschodzie pieszo. Chciał nauczyć się języka rosyjskiego i poznać ten fragment świata. Jego największą zmorą było to, że uczynni miejscowi za wszelką cenę chcieli go podwozić, kiedy on chciał iść pieszo.

Jak już pogadaliśmy z „sąsiadami” ruszyliśmy na kolację i w poszukiwanie starego miasta. Niestety w kraju, gdzie nie działa darmowy roaming gogle maps niewiele pomaga. Musieliśmy po raz kolejny zaczepić miejscowych. W ten sposób trafiliśmy na grupę studentów. Jeden wyluzowany ortopeda, chirurg i inżynier od gazownictwa. Wraz z chłopakami docieramy do starówki, po drodze gadając o lokalnych zwyczajach. Nawet nie spostrzegliśmy się, kiedy stanęliśmy u podnóży medresy Miri-Arab.

Pięknie oświetlone, olbrzymie budynki robiły oszałamiające wrażenie. Centrum Buchary było przepełnione turystami z całego świata. Zbliżała się godzina modlitwy, zatem niestety tego dnia nie udało nam się wejść do środka. Przed drzwiami świątyni ustawiała się kolejka mężczyzn, a patrol policji każdego sumiennie sprawdzał wykrywaczem metalu.

Tego wieczoru jeszcze długo spacerowaliśmy uliczkami starówki podziwiając piękno miasta. Podczas tej wędrówki Zbyszek usłyszał polski głos. Oczywiście zagadaliśmy do przechodzącej pary. Okazało się, że oni tak, jak my też wolą spędzać wakacje na Wschodzie i po przylocie samolotem podróżują po okolicy korzystając z marszrutek. Podczas tej krótkiej pogawędki dowiedzieliśmy się, że po drodze do Samarkandy będziemy mieć cmentarz polskich żołnierzy. Oczywiście postanowiliśmy tam pojechać.

Podczas powrotu z wieczornego spacerowania gubiliśmy się w wąskich uliczkach . Naprawdę nie było łatwo odszukać miejsca naszego noclegu. Uliczki o szerokości równej rozpiętości naszych ramion były tak ciemne, że nie sposób było dostrzec cokolwiek, co było dalej niż dwa metry od nas. Jakże to różne od osiedlowych ulic znanych z naszych okolic.  

Nazajutrz zjedliśmy różnorodne, regionalne śniadanie serwowane w motelu i ruszyliśmy zwiedzać miasto za dnia. Ponownie odwiedzamy widzianą w nocy świątynię. Za dnia, bez świateł robi trochę słabsze wrażenie, ale za to mogliśmy wejść do środka i obejrzeć cały obiekt. Oprócz świątyni oglądaliśmy też olbrzymią twierdzę znajdującą się nieopodal. Mury obronne wyglądają niesamowicie majestatycznie. Dżingis-chan pewnie nieźle się natrudził podbijając to miasto.   

Zaraz obok twierdzy znajdowała się wieża widokowa, z której za niewielką opłatą można było podziwiać okolicę. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie też możliwości. Widok był naprawdę piękny.

Tuż obok murów obronnych stał motocykl. Leciwa Yamaha 125, której modelu już nawet nie pamiętam. Motocyklisty nie było w pobliżu, jednak nasze drogi już niedługo miały się skrzyżować.

Będąc w Bucharze kupiliśmy też pierwsze pamiątki – magnesy, naklejki i pocztówki z wizerunkiem miasta. Postanowiliśmy też wysłać do Polski pozdrowienia. Znaczek pocztowy kosztował jedynie dwa złote! Pocztówki dotarły do kraju tydzień przed naszym powrotem.  

Na koniec naszego pobytu w Bucharze podjechaliśmy jeszcze do serwisu, gdzie naprawiano małe motocykle i skutery. Chciałem kupić olej silnikowy na zapas. Oleju nie kupiłem, za to przegadaliśmy z miejscowymi z godzinę czasu. Jeden z nich służył w wojsku na terenie jednostki pod Warszawą, drugi pamiętał przekazywaną przez rodziców historię o Polakach, którzy w czasach wielkiego głodu padali w wycieczenia na ulicach, ale nigdy duma nie pozwalała im żebrać. Zdanie o Polakach mieli bardzo dobre. To było miłe.  

Niebawem ruszyliśmy dalej w kierunku Samarkandy – drugiego z naszych punktów „must be” w Uzbekistanie. Po drodze kierowaliśmy się oczywiście najpierw do polskiego cmentarza w Navoiy. Ten cmentarz ocalał dzięki opiece lokalnej ludności, w 2001 roku został odrestaurowany, a w roku 2007 oficjalnie otwarty przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Cmentarz jest trochę na uboczu, zatem jego odszukanie to była prawdziwa misja. Po godzinie krążenia po mieście trafiliśmy przypadkiem na podwórze jednego z domostw. Mieszkający tam ludzie pomoc w odszukaniu mogił wzięli chyba sobie za punkt honoru. Chwilę później jechaliśmy za Ładą Niva, raz po raz dopytując miejscowych o drogę. Po kolejnej godzinie staliśmy przed wejściem do nekropolii. Wszystko dzięki chirurgowi z pobliskiego szpitala. Za pomoc nie chciał zapłaty, chciał jedynie jakiś polski pieniądz na pamiątkę. Dostał od nas dziesięć złotych.

Jako, że robiło się już późno ruszyliśmy czym prędzej w dalszą drogę i dojechaliśmy do Samarkandy o zachodzie słońca.

Powiązane

Pozostaw komentarz