Cały czas pod górę

Wyjazd z Chorog wiódł pod górę, w końcu kierowaliśmy się na najwyższą przełęcz Tadżykistanu. Kupiony dzień wcześniej akumulator czasem, przy dużym wysiłku motocykla, dawał o sobie znać odcinając dopływ paliwa poprzez przerywaną pracę pompy. Trochę napawało mnie to niepokojem, ale nie było już odwrotu, trzeba było przeć do przodu.

Droga w kierunku Kirgistanu wiodła przez najwyższe pasmo górskie. Była asfaltowa, jedynie krótkie odcinki były pokryte szutrem. Pozwalało nam to na sprawne i szybkie pokonywanie kolejnych kilometrów. Co jakiś czas przystawaliśmy, aby zrobić zdjęcie, czy nagrać krótki film obrazujący piękno okolicznej przyrody.

Kolejny raz spotkaliśmy na swojej drodze ludzi, którzy chcieli z nami wypić szklaneczkę czaju. Oczywiście daliśmy się namówić i już po chwili siedzieliśmy na środku izby zajadając chleb i popijając herbatę. Tamten gospodarz był lokalnym „deweloperem”, posiadającym dom gościnny na wynajem oraz lokalny sklep. Budował też kolejny budynek.

Swoją drogą te lokalne budynki to też swoisty fenomen. Buduje się je układając kamień na kamieniu, bez zaprawy i szalunku. Dopiero jak cała konstrukcja ścian jest gotowa to następuje tynkowanie gliną zmieszaną z trawami i tym, co tam jeszcze wpadnie pod rękę. Według relacji mieszkańców domy wykonane w ten technologii stoją po sto lat i dłużej. Domy nie są ocieplane w żaden sposób, ale według gospodarza zima w tym rejonie jest ciepła, temperatura nie spada poniżej minus trzydziestu stopni. Do ogrzania wystarcza umieszczony w centralnym miejscu chałupy piecyk oraz trawa i krowie łajno jako opał.

Po posiłku skierowaliśmy się ku najwyższym szczytom widocznym w oddali. Na tym odcinku drogi jechaliśmy już samotnie. Bardzo rzadko mijaliśmy inne pojazdy. Może wynikało to z faktu, że robiło się coraz bardziej późne popołudnie.

Wysokość na jakieś byliśmy rosła z każdym kilometrem. Rosła bardzo szybko, co na razie nie było odczuwalne, więc nie przejmowaliśmy się wpływem zmiany ciśnienia i temperatury na nasze organizmy. Później okaże się, że to był błąd.

Gdy dojechaliśmy na wysokość czterech tysięcy dwustu metrów nap poziomem morza słońce chowało się już za horyzont. Na drodze byliśmy zupełnie sami. Wokół panowała totalna cisza. Zostaliśmy tylko my, droga i otaczające nas ośnieżone góry. Powoli dochodziło do nas, że przed zmrokiem nie zdążymy dojechać do żadnej wsi, a jednocześnie nie mogliśmy spać pod namiotem w tej dziczy, bo z relacji autochtonów wiedzieliśmy o wilkach i pumach, które mogą nam zagrozić.

Jechaliśmy w totalnej ciemności. Takiej ciemności nie doświadczy się w mieście czy wyjeżdżając na wieś. Tam nie było żadnego światła, poza tym z gwiazd i księżyca. Pokonując kolejne fragmenty drogi wypatrywaliśmy w oddali choć małego domku, którego gospodarze by nas przyjęli na noc. Dopiero późną nocą spostrzegliśmy kilka domków z zapalonym w nich światłem. Zajechaliśmy do jednego z nich, a gospodarze na szczęście przyjęli nas z otwartymi rękami.

W tej wiosce nie było elektryczności. Światło w domach było zasilane z akumulatorów, ładowanych w ciągu dnia przez agregaty. Zjedliśmy kolację składającą się z lokalnych produktów i tocząc rozmowy z dwoma chłopakami mieszkającymi we wsi. Jeden z nich doskonale mówił po angielsku, wrócił z wymiany studentów z USA. Wrócił do miejsca, gdzie nie ma prądu i gdzie zimą temperatura spada do minus pięćdziesięciu stopni, bo jak powiedział ma tutaj rodzinę i przyjaciół.   

Przyszło nam spać na wysokości blisko czterech tysięcy metrów nad poziomem morza. Pokonaliśmy ponad dwa tysiące metrów wysokości w jedno popołudnie. To nie mogło skończyć się dobrze. Już podczas kolacji było czuć, jak opadamy z sił. Napędzająca nas przez drogę adrenalina przestała działać. Tętno dramatycznie wzrosło, a w głowie pojawiło się takie parcie, jakby miała za chwilę wybuchnąć. Oddech trzeba było łapać często i szybko, a tlenu i tak brakowało. Dopadła nas choroba wysokościowa. To była jedna z najdłuższych nocy w moim życiu. Ranek też nie przyniósł zbytniej ulgi. Trochę pomogła dopiero duża ilość zielonej herbaty przygotowana przez gospodarzy.

Poranek był słoneczny, ale zimny. Woda pozostawiona przy motocyklach była zamarznięta na kość. Ciesząc oko widokami okolicznych szczytów planowaliśmy dalszy etap podróży. Tego dnia mieliśmy dojechać do najwyższej przełęczy. Do celu naszej podróży.

Wjazd na 4000 m n.p.m.
Choroba wysokościowa w pięknych okolicznościach przyrody

Powiązane

Pozostaw komentarz