Dzień szósty, 09.08.2014

Słońce wstało, wstajemy i my. Kilka godzin później, ale wstajemy. Śniadanko, pakowanie, zapinanie kufrów przy motocyklach – rutyna. No może jedynie herbata o temperaturze pokojowej jaką dostaliśmy w restauracji trochę nas zaskoczyła. Dlaczego była taka zimna wyjaśni się kilka godzin później w Bukareszcie.

Droga mija niezbyt szybko. Nudno jak cholera, bo ile można jechać płaską i prostą drogą? Po tym, co przeżyliśmy w górach sprawia, że wyczuwamy sporą monotonię.

Jakoś daliśmy radę i docieramy do stolicy Rumunii. Jak zwykle nie udało nam się zrobić fotki przy tablicy z nazwą miejscowości, bo zwyczajnie ją minęliśmy i nikt tego faktu nie zauważył.

Rozpoczynamy szukanie hotelu, a przypominam, że nie mamy GPS-u. W pierwszym, ogromnym hotelu miejsc brak. Jak brak miejsca w takim molochu to gdzie znajdziemy nocleg? Upał daje się we znaki, a kolejna miejscówka też odsyła nas z kwitkiem. Tutaj cena jest lekkim przegięciem.

Pojechaliśmy zatankować. Na stacji Pan z obsługi zaczyna ze mną rozmowę, a raczej jej próbę. Ja nie gadam po Rumuńsku, on z angielskim też na bakier, ale ustaliliśmy gdzie mamy jechać, żeby było tanio i dobrze. Wiem już też, że kolega ze stacji jest bajkerem i jeździ Hornetem.

Hotel wskazany przez niego nie jest drogi, ale nie ma parkingu. Ulicę dalej znajdujemy na szczęście nocleg w fajnym motelu. Jest gdzie zaparkować, mamy gdzie wywiesić pranie. Zostajemy!

Ustalamy którędy do centrum i ruszamy. Tym razem taksówką. No i teraz się zacznie… Żaden z taksówkarzy nie gada po angielsku. Próby tłumaczenia, że chcemy do starego miasta i pod budynek parlamentu skutkują tym, że jedziemy do miejsca jakie nasz ciągle śmiejący się kierowca nazywa „grande”. Parlament jest przecież „grande”, więc jedziemy.

Po kilkunastu minutach podjeżdżamy do celu… wg naszego kierowcy, który z uśmiechem wskazuje na budynek wielkiej galerii handlowej! Ręce nam opadły i tłumaczymy dalej. Dopiero słowo Ceausescu okazuje się kluczem i docieramy do celu.

Pałac i aleja do niego wiodąca robią wrażenie. Nie jest to może nadzwyczaj piękna budowla, ale jej ogrom poraża. Teraz rozumiemy dlaczego ta budowa wymagała wysiedlenia czterdziestu tysięcy ludzi.

Idąc aleją pełną fontann kierujemy się na stare miasto. Ten fragment Bukaresztu pozytywnie nas zaskakuje. Jest ładnie, sporo fajnych pubów i knajp, sporo ludzi. Czysto i gwarno, choć nie jest tanio. Stare miasto nie jest duże, więc obchodzimy je w godzinkę i wracamy na kwaterę. Postanawiamy wrócić tu wieczorem.

Musimy chwilę odpocząć. Po odpoczynku robimy posiłek i tu wyjaśnia się tajemnica chłodnej herbaty. W Rumunii herbatę zalewają wodą z kranu! Za cholerę nie szło tego zaparzyć i dopiero jak mocno kręcimy nosami dostajemy wrzątek.

Po zmroku ruszamy w miasto, stare miasto. Bukareszt nocą jest jeszcze ładniejszy i spotykamy nawet taksówkarza rozmawiającego po angielsku. Na wieść, że jedziemy z Polski na dwóch kołach dziwnie na nas patrzy.

Na starym mieście tłum ludzi. Lokale pełne. Chyba tylko krakowski rynek da się do tego porównać. Ludzie weseli i przyjaźni, a porządku pilnuje ochrona wyłaniająca się nie wiadomo skąd w razie potrzeby. W tłumie turystów Polaków niewielu. Czas spędzamy siedząc w jednym z ogródków piwnych.

Przeboje zaczęły się w czasie powrotu. Odmawiają nam kolejni taksówkarze. Po jakimś czasie trafiamy na takiego co kojarzy nazwę hotelu obok naszej kwatery. Ruszamy i jedziemy przez jakieś pół godziny. Jakby inną drogą, jakby dalej, ale to przecież on prowadzi , a cenę mamy ustaloną. Taksówka się zatrzymuje, a my jesteśmy nie wiadomo gdzie. W Bukareszcie jest kilka hoteli o takiej samej nazwie. Taksówkarz wściekły jak osa zawozi nas wreszcie do właściwego celu, klnąc pod nosem.

Wieczór był pełen wrażeń. Idziemy spać. Następnego dnia zaczynamy powrót. Ten moment to zawsze najgorsza chwila wyprawy.

Powiązane

Pozostaw komentarz