Dzień drugi, 05.08.2014

Wstajemy. Noc minęła szybko. W telewizji wiadomości z regionu pokazują, że woda narobiła trochę bałaganu. Robimy szybkie śniadanko i zaczynamy się pakować. Ciuchy, rękawice i buty wyschły – no może prawie wyschły.

Bagaże lądują na motocyklach i powoli ruszamy. Przed nami ładny kawałek drogi przez dwa kraje – Słowację i Węgry. Wieczorem musimy być w Rumunii, bo inaczej cały plan legnie w gruzach.

Droga ku przejściu granicznemu w okolicach Morskiego Oka upływa całkiem miło. Jest ciepło, słonecznie, a widok gór i zakrętów na drodze cieszy nas niezmiernie. Chwilę później jesteśmy już w Słowacji. Z tego wszystkiego nie zatankowaliśmy się w Polsce i musimy płacić po półtora „ojro” za każdy litr paliwa.

20140805_112047

20140805_111600

Na stacji dowiadujemy się też, że nie będziemy mieć nawigacji w dalszej drodze. Mapy elektroniczne odmówiły współpracy. Na szczęście zawsze zabieram tradycyjne, papierowe mapy krajów, jakie odwiedzam i jedną mapę całej Europy – to nie pozwoli nam zginąć przez resztę wyprawy.

Słowację mijamy szybko i bez przygód. Było nawet parę fajnych odcinków z zakrętami. Kończą się góry i docieramy do granicy Węgier. Trzeba zrobić krótki postój, bo na Węgrzech obowiązuje winieta drogowa. Zostawiamy u pani w okienku po sześć euro i możemy lecieć dalej, wcześniej jednak robimy mały odpoczynek po drzewkiem na granicy.

20140805_140651

Upał, którego jeszcze wczoraj tak pragnęliśmy dziś nie daje nam żyć. Nie do końca sprawny błędnik Jaranta też daje mu się ostro we znaki. Ponad pół godziny leżakowania i ruszamy dalej.

Na Węgrzech nudno. Nie ma gór, a większość trasy pokonujemy autostradą – no właśnie, na autostradzie przytrafia nam się jedna historia. Po jednym z krótkich odpoczynków jedziemy dalej, zbliżając się do rozjazdu autostrady w kierunku Ukrainy oraz Rumunii. Jarant rusza ostro do przodu i pomyka w kierunku Ukrainy, ja skręcam prawidłowo i trąbię oraz macham, żeby się zatrzymał. Zatrzymał się chwilę dalej i zaczyna cofać poboczem do rozjazdu dróg. Było co cofać – dobrze ponad sto metrów. Nim cofanie dobiegło końca już parkują obok panowie ze służb drogowych. Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy to ile będzie trzeba zapłacić za zatrzymanie i cofanie na autostradzie. Na szczęście obyło się bez mandatów i można jechać dalej, już właściwą drogą.

20140805_151749

Po strasznie nudnej i dłużącej się jeździe po autostradzie docieramy do przejścia granicznego z upragnioną Rumunią. Krótka kolejka do kontroli granicznej, którą mijamy dość szybko – no może my na pierwszym motocyklu. Załoga drugiej maszyny szuka dokumentów z czego celnik ma niezły ubaw.

Teraz przed nami miejsce pierwszego noclegu – Oradea. Żeby było ciekawiej znów gubimy się po drodze i później szukamy przez kwadrans.

Do Oradea docieramy wieczorem. Na pierwszej stacji pytam o jakiś nocleg w umiarkowanej cenie i pan z obsługi wskazuje nam hotel kilkaset metrów dalej. Jedziemy sprawdzić co oznacza określenie „niezbyt drogi”. Niestety oznaczało ono dwie stówki za noc. Stoimy pod hotelem i zastanawiamy się co robić, bo tak drogi nocleg nadwyręży nasz budżet już na starcie. Pan z hotelu wychodzi i proponuje dziesięć procent rabatu.

Jesteśmy bez nawigacji w centrum dużego miasta a hotel za drogi… używam starej metody szukania noclegu i zagaduję przechodzącą obok parkę. Okazuje się, że oboje świetnie mówią po angielsku, a ich kolega może nas przenocować. Biorę telefon do kolegi i dzwonię. Pan, z którym rozmawiam mówi, że możemy przyjechać i przesyła adres na sms-a. Uzgadniamy, że trzeba jechać ileś tam razy w prawo, ileś w lewo i za wiaduktem skręcić w lewo. Nawigujemy jak gołębie pocztowe i docieramy na przedmieścia, gdzie gubimy trop. Znowu szukanie osoby, która nam pomoże. Zrobiła to miła pani z obsługi stacji paliw. Ze stacji do swojego domu doprowadza nas człowiek, u którego będziemy spać.

20140805_211313

Wreszcie jest nasze miejsce noclegu. Jest już ciemno. Rozkładamy manatki w całkiem ładnych pokojach, aż tu nagle zdziwiony Jarant woła mnie przed dom. Fajny motyw – przed domem spaceruje sobie koń, kawałek dalej drugi. W sumie naliczyliśmy ich chyba ze sześć.

20140805_213832

Jeszcze wizyta w kantorze, bo trzeba zorganizować trochę lokalnej waluty, kolacja prysznic i padamy na łóżka.

Nazajutrz czeka nas widok gór, a wcześniej wizyta w kopalni soli. Kierunek – Sebes.

Powiązane

Pozostaw komentarz