Dzień dziewiąty 12.08.2014

Kolejny dzień przed nami. Po śniadaniu zjedzonym na kwaterze ruszamy w dalszą drogę kierując się w stronę granicy. Postanawiamy jechać jak najdalej się uda, zaliczając po drodze jedną z polskich wiosek, których w północno wschodniej Rumunii jest kilka.

Przez pierwsze kilometry cały czas jedziemy nad brzegiem jeziora – jakie ono wielkie. Dalsza trasa robi się coraz bardziej nudna, ponieważ wyjechaliśmy z gór. Droga jest płaska i mało zakrętów. Nudno jak diabli i do tego coraz bardziej doskwiera upał.

Po jakimś czasie docieramy do stacji benzynowej znajdującej się kilka kilometrów od polskiej wioski. Robimy tam dłuższy postój uzupełniając płyny i zagryzając snikersem. Po odzyskaniu sił wracamy na siodła i ruszamy szukać Polaków w Rumunii.

Wioska, w której mieszkają nasi rodacy jest dość rozległa. Niestety nie widać zbyt dużo ludzi na ulicy. Nie udaje nam się też znaleźć Domu Polskiego. Po dłuższych poszukiwaniach odpuszczamy temat. Przy następnej okazji wrócimy do poszukiwań, lecz pewnie skierujemy się do innej wioski.

Dalsza droga wiedzie wzdłuż ukraińskiej granicy i kieruje nas w stronę gór. To właśnie tu przeżyjemy największy koszmar całej wyprawy.

Jedziemy cały czas drogami krajowymi, które są bardzo dobrej jakości, aż wreszcie trafiamy na rozjazd. Wygląda na to, że nie pomyliśmy drogi, jednak po następnych kilkudziesięciu kilometrach zaczynamy w to wątpić.

Droga wiedzie przez przepiękną okolicę otoczoną górami. Mijane wioski wyglądają cudnie i pozwalają cofnąć się w czasie o kilkadziesiąt lat. Uroki okolicy nie nadrabiają jednak „jakości” asfaltu, który przypomina szwajcarski ser.

Niezliczone ilości dziur powodują u nas używanie coraz większej ilości słów na „k”. Mamy cichą nadzieję, że ten koszmar skończy się za kolejnym zakrętem. Koszmar się nie skończył jeszcze przez jakieś pięćdziesiąt kilometrów.

Dobrze, że choć trafiliśmy atrakcje, jakich nie spotka się u nas w kraju – objazdowe sklepy, gdzie z busa sprzedawane są podstawowe produkty spożywcze. Stacjonarnych sklepów w tej okolicy brak.

Druga ciekawostka to wędrujące tabory cygańskie, które koczują nad rzeką i trudnią się zbieraniem grzybów. Podczas przejazdu zwalniamy, żeby przyjrzeć się tej specyficznej, przenośnej wiosce. Cyganie machają nam na powitanie i wyglądają całkiem przyjaźnie. Nie sprawdzamy jednak czy faktycznie chcą się z nami zaprzyjaźnić.

Po długim czasie „odcinek specjalny” kończy się i znów wracamy na górskie zakręty. Dojeżdżamy do schroniska na szczycie jednej z gór, gdzie rozważamy przez chwilę nocleg w tym miejscu. Wolnych pokoi jednak brak.

Przy garażu spotykamy Polaków, którzy latami po górach crossami. Zamieniamy kilka zdań i wskazują nam miejsca, gdzie możemy szukać noclegu w tej okolicy.

Czas zaczyna nas gonić. Zbliża się zmrok. Po kilku próbach znalezienia noclegu docieramy finalnie do Viseu de Sus. Jest już ciemno. Próby znalezienia miejsca do spania w tym mieście spełzają na niczym. Objechaliśmy wszystkie motele i nic.

Po kolejnym kółku parkujemy w bocznej uliczce i wraz z Dżastą rozpoczynamy poszukiwania pieszo. Miejsc dalej nie ma. Po powrocie do motocykli wydarza się coś, co wprowadza nasze kobitki w popłoch.

Stojąca nieopodal grupa z dwuznacznie wyglądającą kobietą rusza w naszym kierunku i zaczynają rozmowę z Jarantem. Podchodzę bliżej i włączam się w rozmowę. Dziewczyny przerażone a my próbujemy dogadać się po rumuńsku z tym towarzystwem.

Rozmowa wspomagana ruchami rąk pozwala na ustalenie, że oni chcą nam pomóc w szukaniu noclegu. Jesteśmy zdesperowani – niech szukają.

Po kolejnych paru minutach okazuje się, że możemy spać w domu ich znajomych. Trochę niepewni zgadzamy się na te warunki i po kwadransie podjeżdżamy pod dom, w którym młoda dziewczyna mówiąca po angielsku (wreszcie!) pokazuje nam pokoje. Wita nas także jej babcia – Ramona. Okazuje się, że z całej tej początkowo dziwnej akcji wyszło, że mamy fajny nocleg u miłych ludzi.

Babcia Ramona ugościła nas kolacją, winem i palinką. Ustalamy też dlaczego jest w tym mieście tyle turystów. Jeździ tutaj kolej parowa i organizowany jest codziennie piknik w górach. Postanawiamy zmienić plany i wykorzystać szansę przejazdu koleją, tym bardziej, że do dworca mamy dwie minuty pieszo.

Najedzeni i napici idziemy spać.

Powiązane

Pozostaw komentarz