Dobijamy do Uzbekistanu

Wstaliśmy dość wcześnie. Pogoda dopisywała – było sucho i słonecznie, ale nie było nadmiernego upału. Pierwsze kroki skierowaliśmy do bankomatu, ale ten nie działał, bardzo szybko nawiązaliśmy więc kontakt z lokalnymi ludźmi i już po chwili jechaliśmy na bazar, gdzie pieniądze wymieniła nam „kobieta siedząca na krześle”.

Na jarmarku zrobiliśmy całkiem niezłą furorę, kiedy to nasze motocykle obległa grupa kilkudziesięciu mężczyzn. Na początku, będąc sam, czułem się trochę nieswojo, ale okazało się, że całą tą ekipą kieruje ciekawość świata i motocykli, a nie chęć wyrządzenia krzywdy.

Atmosfera zupełnie się zluzowała, kiedy zaczęły się poszukiwania „kopki” w moim motocyklu. Chłopaki nie dowierzali, że motocykl można uruchomić jednym przyciskiem. Gdy uruchomiłem rozrusznik, rozległ się doniosły śmiech.

W tej miejscowości dowiadujemy się też, że motocyklista jadący do Pamiru nie może się tu zgubić. Na wyjeździe z miasta trochę zboczyliśmy z trasy i zaraz zostaliśmy sprostowani przez przejeżdżających obok kierowców.

Kawałek za miastem zaczęła się ostra jazda. Utwardzona droga została rozebrana, a w jej miejscu był piach o granulacji mąki, który pochłaniał z każdym metrem nasze koła. Prędkość przelotowa spadła do etapu, w którym nasze zmagania wyglądały jak nieudolna jazda hulajnogą odpychaną dwiema stopami. Jak motocykl się wbił przednim kołem, to czasem trzeba było go we dwójkę wyszarpywać z objęć stepu.

Na szczęście dalej był asfalt. Może raczej jego pozostałości, bo wyglądał jak po poważnym bombardowaniu. Trzeba było mocno uważać, żeby po zaliczeniu dziury głębokiej na kilkanaście centymetrów nie przerobić kolistej felgi w kwadrat. Odcinki z równą drogą to raczej przypadek.

Oprócz dziur trzeba było też uważać na pojazdy jadące slalomem, dyktowanym przez warunki drogowe. Nie raz i nie dwa mijaliśmy się z ciężarówką mając ją po swojej prawej stronie. Zwyczajnie taki był układ – jesteś mniejszy łatwiej ci omijać wyrwy w asfalcie, to uciekaj na bok.

Dojechaliśmy w takich warunkach do pól naftowych. Znane z „Dynastii” pompy do tłoczenia czarnego złota było rozsiane na powierzchni setek hektarów i wybijały swój niezmienny rytm. Pojawiły się też pierwsze wielbłądy, którym zrobiliśmy małą sesję fotograficzną. Kawałek dalej, prawdopodobnie wyszły z pracy kobiety nadzorujące pracę pomp. Były szczelnie otulone w burki i szalenie dynamicznie reagowały na nas i nasze motocykle.

Omijając setki dziur, dobijając zawieszeniem miliony razy dojechaliśmy wreszcie do miasteczka, które miało być miejscem naszego noclegu. Szybko udało nam się znaleźć niewielki hotel. Nieopodal była też restauracja, gdzie zaserwowano nam baraninę.

Ciekawostką było to, że trafiliśmy tam na wieczór panieński. Nie myślcie sobie tylko, że była to jakaś huczna impreza z tańcami na stołach. Dziewczęta siedziały przy stole i w ciszy popijały wodę w kieliszkach na wino. Ciut nam to nie pasowało. Coś tam było nie tak.

Nasze domysły nie były bezpodstawne. Gdy tylko wyszliśmy z sali, aby zapłacić rachunek, drzwi się za nami zamknęły, muzyka stała się dynamiczna a salę rozświetliły lasery. Wyszło na to, że jako innowiercy nie mogliśmy oglądać zabawy lokalnych dziewcząt.

Z hotelu ruszyliśmy nazajutrz rano, pozostawiając klucze na blacie w recepcji. Nie chcieliśmy budzić recepcjonistki, która smacznie spała na podłodze za ladą. Zatankowaliśmy do pełna i ruszyliśmy w kierunku granicy z Uzbekistanem.

Jadąc różnej jakości drogą dojechaliśmy do etapu, gdzie wylewano ciepły i świeżutki asfalt. Czarna droga była jednak zamknięta dla ruchu a wszystkie pojazdy kierowano na trasę wyżłobioną buldożerem w stepie. Nie muszę chyba pisać co to oznaczało. Do granicy z Uzbekistanem mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Widząc jak załadowane TIR-y płyną po tej piaskowej mazi, byliśmy przerażeni.

Z pomocą przyszedł nam jeden z budowlańców, który zezwolił na przejazd po stygnącym asfalcie. Normalnie pewnie byśmy pomyśleli o oponach czy smole ochlapującej nasze motocykle, w tamtej chwili odetchnęliśmy z ulgą. Mieliśmy za nic pojawiające się co jakiś czas zwały ziemi, które miały odstraszyć kierowców aut od podążania naszą drogą. Te przeszkody pokonywaliśmy górą lub bokiem z zależności od stopnia trudności.

Sunąc po tej stygnącej, czarnej lawie dojechaliśmy do granicy z Uzbekistanem. Na granicy sytuacja jak na naszej wschodniej granicy kilkadziesiąt lat temu. Kolejka aut załadowanych po brzegi różnej maści towarami na handel sięgała kilku, może kilkunastu kilometrów.

Nieśmiało turlaliśmy się do przodu. Na szczęście nikt nie rzucał w nas kamieniami i nie krzyczał. Chyba rozumieli, że jedziemy z dalekiego kraju. Jeszcze bardziej zaskoczyła nas, że kilkaset metrów przed granicą wręcz wypchnięto nas na przód, a celnik spoglądając wcześniej przez solidne, stalowe wrota otworzył przejazd. Jak to możliwe, że wszyscy stali, a my jechaliśmy dalej? Do dziś nie wiem.

Przed wyjazdem czytałem strony polskiego MSZ, gdzie straszyli sytuacją na granicy, a my wciąż byliśmy kierowani na przód. Przyzwyczajeni do tego faktu minęliśmy kamery celników, kazali nam szybko wracać i przez kolejne kilka minut rejestrowali nasze oblicza.

Do ciekawostek na granicy można zaliczyć głęboki rów z wodą głęboką na pół metra, która miała ponoć własności odkażające. Na nasze szczęście mogliśmy to bajoro minąć wąskim chodnikiem obok zbiornika. To także było ciekawe przeżycie, bo jeden błąd wystarczał, aby znaleźć się półtora metra niżej i zaliczyć kąpiel.

MSZ mylił się też w kwestii biwakowania pod gołym niebem. Można biwakować do woli. Konieczność rejestracji miejsca pobytu każdej nocy to także mit. To wszystko ustaliliśmy po miłej pogawędce z celnikami.

Około godzinę później byliśmy po drugiej stronie granicy i ruszyliśmy na podbój Uzbekistanu. Wiedzieliśmy, że może być słabo z paliwem, więc zajechaliśmy na stację z gazem z pytaniem o benzynę. Całe szczęście, że tak zrobiliśmy bo paliwa nie było przez następne kilkaset kilometrów.

Uzbekistan to kraj stojący gazem. Benzyny tu jak na lekarstwo, a o diesel-u nie słyszeliśmy wcale. Co ciekawe na gaz jeżdżą tam też autobusy i ciężarówki. Butle mają zamontowane rzędem na dachach, wyglądając jak katiusze. Wokół krajobraz stepowy, upał doskwiera, droga dalej „plachaja”. Jedziemy dalej na Wschód.

Powiązane

Pozostaw komentarz