Dzień dwunasty – to już jest koniec…

Ta noc była trudna. Może przez to, że gdzieś tam „z tyłu głowy” siedziały myśli o końcu wyjazdu, może przez dudniącą muzykę dobiegającą z deptaka, która wraz z kilkukrotnie włączającym się alarmem nie dawała nam spać. Wstajemy wcześnie. Przed nami ponad osiemset kilometrów jazdy. Pakujemy manatki i ruszamy jeszcze na chwilę nad Balaton zrobić pamiątkową fotę i kupić magnesy na lodówkę. Deptak zdecydowanie różni się od tego sprzed kilku godzin. Oprócz nas spaceruje jedynie garstka ludzi. Stragany i knajpy w większości pozamykane. Pozamykane niestety jest także wejście na plażę. Do brzegu jeziora daje nam się dość dopiero kilkaset metrów dalej.

Jezioro zachwyca swą powierzchnią, tylko trochę brakuje gór – to przecież one stanowiły tło wszelkich pejzaży przez większość naszej podróży. To właśnie tu, nad Balatonem robimy ostatnie pamiątkowe zdjęcie grupowe i wkrótce ruszamy w kierunku domu. Ostatni dzień jest bardzo upalny. Jazda węgierskimi krajówkami jest strasznie nudna i monotonna. Po kilkudziesięciu kilometrach takiej jazdy „na autopilocie” prawie wbijamy się z karambol na jednym ze skrzyżowań. TDM-ka hamuje w odległości kilku centymetrów od zderzaka, wcześniej robiąc pokazowy slalom na zablokowanych kołach. Cztery auta skasowane. Na szczęście nikomu z kierujących i pasażerów nic się nie stało.

Podładowani zapasem adrenaliny dojeżdżamy do granicy, gdzie kontrolują nas dwie młode celniczki. Dziewczyny mają niezły ubaw, kiedy dajemy im do kontroli paszporty nie zdejmując przy tym kasków. Tym razem węgierską granicę przekraczamy szybko i bez zbędnej spiny, jak to było podczas poprzedniego razu. Czechy – z uwagi na ilość kilometrów, jakie mamy przejechać decydujemy się na jazdę autostradą. To było straszne. Ilość korków i prac drogowych przerasta nasze oczekiwania i zamiast nadrabiać tracimy czas grzejąc się niemiłosiernie podczas powolnej jazdy między samochodami.

Po połowie dnia takiej mordęgi docieramy do Polski. Tankowanie, krótki odpoczynek i planujemy postój na późny obiad. Schabowego pragniemy bardziej niż Jarosław dyktatury. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że już po kilkunastu dniach zajadania się różnościami tak zaczyna brakować tego, co ma się na co dzień. Po niedługim czasie zajadamy swojskie pyszności, a na zewnątrz zaczyna się ściemniać. Do domu już coraz bliżej. Jeszcze jedno tankowanie i docieramy do Kalisza. Tego dnia zrobiliśmy ponad osiemset kilometrów. Plan się powiódł. Zmęczeni, ale usatysfakcjonowani tym, co udało się przeżyć wracamy do domów…

Powiązane

Pozostaw komentarz