Dzień dziesiąty – fenomenalny deptak

Tego poranka wita nas piękna, słoneczna pogoda. Temperatura jest umiarkowana, zatem warunki do jazdy znakomite. Plan zakłada kolejny nocleg gdzieś na terenie Bośni i Hercegowiny, ale najpierw przed nami spory kawałek Czarnogóry i jej pięknych krajobrazów.

Jak każdego dnia zaczynamy od śniadania, lecz wcześniej trzeba jeszcze wygrzebać z kufra cukier do herbaty, który złośliwie rozsypał się podczas jazdy. Będąc na lokalnej objazdówce, takie zdarzenia potrafią zepsuć humor, jednak podczas trasy liczonej w tysiącach kilometrów nabiera się większego dystansu do takich wpadek i więcej z tego humoru niż złości.

Śniadanie, krótka pogaducha ze starszą Panią opiekującą się domkami, mocno wspomagana gestykulacją i powoli żegnamy się z miasteczkiem.
Droga z Kolasina w kierunku Parku Narodowego Durmitor wiedzie nad rzeką Tara. Jeśli ktoś lubi góry i chce nacieszyć oko ich ogromem to powinien jechać tą trasą. Tysiące zakrętów, wąwozów i wzniesień. Tunele drążone w litej skale, często ciemne i nie zabezpieczone betonem. Po prawej stronie drogi rzeka Tara, dumnie drążąca te góry od wieków, kształtując piękno krajobrazu lepiej niż wszyscy projektanci zieleni razem wzięci.

W miejscu takim jak to na chwilę wyłączają się „receptory stresu”, zapomina się o problemach, a droga i przejechane kilometry stają się celem same w sobie. Dobry asfalt i niewielki ruch sprawia, że czerpiemy radość z chwili. Co jakiś czas zatrzymujemy się by zrobić kilka fotek.

Wczesnym popołudniem docieramy do miejsca znanego z każdego przewodnika po Czarnogórze – mostu na rzece Tara. Ten niezwykły obiekt powstał blisko osiemdziesiąt lat temu, w czasie II wojny światowej został wysadzony, a po wojnie odbudowany. Zachwyca jego wielkość. Mierzy 366 metrów długości i do 172 metrów wysokości. Łączy dwa brzegi największego kanionu w Europie i jednego z największych na świecie.

Most tętni życiem, setki turystów robią zdjęcia, kręcą filmy. Odważniejsi zjeżdżają na tyrolce w poprzek kanionu. Turystyczny przepych sprawia jednak, że po wypiciu kawy i pstryknięciu kilku fotek ruszamy dalej w kierunku Durmitoru. Rzeka odchodzi od nas coraz bardziej w prawo, stając się wreszcie rzeką graniczną Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny. My podążamy w podobnym kierunku co jej nurt, jednak chcemy najpierw przejechać przez Park Narodowy Durmitor. To pasmo Gór Dynarskich położone pomiędzy wspomnianą wcześniej rzeką Tarą a rzeką Pivą sięgające ponad 2500 metrów nad poziomem morza zachwyca swym urokiem.

Wysokie góry, piękna zieleń łąk, jeziorka w dolinach – to wszystko sprawia, że pejzaż wygląda jak z obrazka. Całości dopełniają stada koni oraz owiec wypasających się na górskich halach. Niewiele jest chyba takich miejsc w Europie. Silny wiatr, który zapiera dech w piersiach i równa, ale bardzo wąska droga sprawia, że jedziemy umiarkowanym tempem powoli ciesząc oczy krajobrazem. Gdzieś pośrodku tego wszystkiego napotykamy na camping „Only for KTM”, kawałek dalej następny, dostępny nie tylko dla fanów austriackiej marki. Jest też restauracja serwująca regionalne potrawy. Kosztujemy baraniny w kilku wariantach oraz pljeskavicy. To ostanie to rodzaj kotletów mielonych w czarnogórskim wydaniu.

Nie wiem czy źle trafiliśmy czy też bałkański smak pljeskavicy nie był dla nas, ale kotlety zostały jako prowiant na drogę. Baranina wręcz przeciwnie, została zjedzona w całości ze smakiem. Po przejechaniu Durmitoru pokonujemy jeszcze kilka tysięcy zakrętów, kilkaset różnych tuneli i podziwiamy dolinę kolejnej rzeki, tym razem jest to Piva. Zarówno okolica, jak również lazurowa woda niezmiennie nas zachwycają.

Po jakimś czasie oczom naszym jawi się ogromny korek. Oczywiście mijamy go bokiem, co u nas wywołuje zadowolenie, a u co niektórych kierowców tzw. „puszek” uczucia skrajnie inne. Tak to już bywa. W korku wygrywamy my, a podczas deszczu oni. Life is brutal. Korek kończy się dopiero przy małym, jednokierunkowym mostku będącym wjazdem na granicę z Bośnią. W korku stoją auta upalane sierpniowym słońcem, wjazdu na mostek broni celnik, a dołem na pontonach po rzece Tarze spływają amatorzy raftingu. Ot, taki stoicki obrazek, gdyby nie to, że celnik wkrótce sobie poszedł wezwany przez radio i zapomniał wrócić.

Po kilkunastu minutach czekania ruszamy dalej bez pozwolenia i ku naszemu zaskoczeniu celnik po drugiej stronie mostku wita nas z nieukrywaną radością. Chyba też mu się nudziło. Odprawa polega na powiedzeniu, że jesteśmy z Polski i machnięciu ręką celem pozdrowienia. Takie regionalne Schengen, miło z ich strony.

Tu zaczyna się koszmar. Droga przypomina ser szwajcarski, pod którym wybuchł dodatkowo kawałek produktu Alfreda Nobla. Trudno powiedzieć czy to jeszcze dziurawy asfalt czy już może wyasfaltowana dziura. Prędkość spada, dupska odpadają a benzyna w baku miesza się lepiej niż zupa w garnku u Magdy Gesler. Trzeba to przeżyć.

Jedno, co na tym kawałku zadziwia, to ilość campingów. Na całej trasie nie minęliśmy ich tyle, co na tym krótkim odcinku. To chyba sąsiedztwo rzek i popularność spływów powoduje taki rozkwit tego typu biznesu. Na jednym z postojów ustalamy, że nocujemy w Gorażde. Do celu docieramy wczesnym wieczorem, a nocleg po kilku próbach znajdujemy w jednym z hotelików. Odpalamy procedurę rozładunku i wychodzimy na miasto. Już po chwili wiemy, że lokalna waluta to marki, a po kwadransie mamy mały zapas waluty na wieczorne zakupy.

Bośnia i Hercegowina to kraj w dużej części muzułmański, więc z zakupem Rakiji w półlitrowym opakowaniu możemy zapomnieć. Zasileni w kilka „małpek” ruszamy na deptak. Ów deptak sprawia na nas niesamowite wrażenie. Rozciąga się od mostu do ronda. Po jednej stronie sklepy, po drugiej lokale. Środkiem tego wszystkiego przechadzają się młodzi ludzie, w większości kobiety. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że chodzą po tym deptaku, jak po wybiegu wykonując na każdym z końców rytmiczny zwrot.

Jest to zwrot, za jaki Agustin Egurrola dałby najwyższe noty. W jednym ułamku sekundy cała grupa, a czasem były kilkuosobowe, wykonuje obrót w jedną stronę i nie przerywając rozmowy rusza dalej. W ciągu kwadransa stojąc przy mostku poznajemy twarze wszystkich tych osób. Każdą widzimy kilkukrotnie i za każdym razem podziwiamy „synchron” tego przemarszu. Dla nas to fenomen klasy europejskiej.

Późnym wieczorem wracamy do hotelowej restauracji i idziemy spać, bo na dworze robi się bardzo rześko. Kiedy zasypiam przy dźwiękach meczetów i dającym ciepło grzejniku nachodzą mnie myśli, że to już prawie koniec. Jeszcze dwa dni i będziemy w domu. Nie lubię tego, ale zawsze kiedyś taka myśl nadchodzi.

Powiązane

Pozostaw komentarz