Dzień dziewiąty – policyjni paparazzi

Wstajemy trochę wcześniej niż zwykle. Obieramy kierunek na Bośnię i Hercegowinę. Po drodze jeszcze sporo do obejrzenia. Most na rzece Tara, Durmitor, piękne krajobrazy Czarnogóry. Po śniadaniu żegnamy rodzinę listonosza u której mieszkaliśmy przez ostatni czas. Trochę żal, ale trzeba ruszać dalej. Każda podróż ma swoje prawa, a nowe znajomości oraz pożegnania są na porządku dziennym. Większości z tych osób już pewnie nigdy w życiu nie spotkamy, ale zawsze było warto.

Ulcinj nie zostawiamy w tyle tak od razu. Najpierw jedziemy jeszcze nad pobliską plażę, by pożegnać się z morzem oraz zobaczyć wielki gaj oliwny. Te ciekawe drzewa o charakterystycznych spękanych pniach robią na nas niesamowite wrażenie. Wielkość drzew i ich ilość pokazuje, że ten gaj jest pielęgnowany z dziada pradziada.
Nadmorskie miasto opuszczamy stojąc w sporym korku ulicznym. Ciekawostką jest to, że jak ktoś tutaj ma potrzebę zatrzymania auta, bo na przykład musi pół świniaka do sklepu dostarczyć, to tak robi i koniec. Przecież te dziesięć minut dłuższego postoju nic nie zmieni. Ot, taki bałkański rytm.

Obieramy kierunek na zachodni brzeg jeziora Szkoderskiego. To największe jezioro Półwyspu Bałkańskiego jest akwenem granicznym. Większa jego część leży na terenie Czarnogóry, pozostała należy do Albanii. Piękny kolor wody oraz położenie wśród gór nadaje temu miejscu wyjątkowego uroku. Ciekawostką są też wyspy, na których mieszczą się monastery. Jedną z mieszkanek takiej wyspy udało nam się uchwycić w kadrze, podczas jej rejsu łódką.

Im bardziej zbliżamy się do jeziora tym wyżej wjeżdżamy a widoki coraz lepsze. Gęste, upalne powietrze lekko rozmywa horyzont, który traci na ostrości. Wysoka temperatura zmusza do częstszych postojów. Wkrótce dojeżdżamy do żwirowej zatoczki postojowej, tuż obok jakiś technicznych wieżyczek. Zatrzymujemy motocykle a z naprzeciwka podjeżdża bus – Transporterowy Ogórek. Tak, to nasi rodacy, którzy wybrali się w bardzo podobną trasę, tylko pokonują ją na czterech kołach.

Integracja na wzgórzu przebiega w miłej atmosferze. Opowiadamy sobie zdarzenia z trasy i wymieniamy opinię o tym, co widzieliśmy i co jedziemy zobaczyć. Wspólne fotki, wymiana pamiątkowych gadżetów. To nasze spotkanie zostało chyba zauważone również przez policję patrolującą brzegi jeziora. Trzyosobowy patrol pojawił się chwilę później. Panowie zaczęli sobie robić fotki na tle wody. Wydało nam się dziwne, że ludzie, którzy są w tym miejscu pewnie kilka razy dziennie robią sobie pamiątki, ale cóż takie mają prawo… a że my byliśmy na drugim planie, no cóż można i tak.

Już kilka minut później robimy sobie foty z policjantami, a później oni fotografują całą naszą grupę. Do jednego z funkcjonariuszy rzucam, aby nie zapomnieli dopisać „wanted” tuż poniżej naszych twarzy. Udał, że nie rozumie a później częstuje papierosem. Nie palę, to odmówiłem. Nagle słyszę z tych samych ust – „marihuana”. Grzecznie podziękowałem, nie wnikając czy była to propozycja czy pytanie o posiadanie.

Żegnamy ekipę z busa i ruszamy dalej. Widoki tak piękne, że nie zajeżdżamy za daleko i znów stajemy na serię fotek. Tak było co kilka kilometrów.
Wąska i stroma dróżka (bo drogą ciężko to nazwać) ciągnie się ciasnymi zakrętami przy samym jeziorze. Postanawiamy chwilę odpocząć zanurzając się w turkusowej wodzie jeziora. Zjeżdżamy ostro w dół w kierunku parkingu przy plaży, którego pilnuje strasznie gadatliwy właściciel pobliskiego baru.

Ten miły Pan wita nas słowami „dzień dobry Polaki” i wskazuje miejsca na zaparkowanie maszyn. Zachęca do skorzystania z baru i plaży oraz zadaje setki pytań, połowę z nich kończąc słowem „Polaki”. Uciekamy na plażę, chcąc uniknąć omdlenia z powodu zagadania. Plażowanie jest miłą odmianą po jeździe w czterdziestu stopniach i pełnym motocyklowym ekwipunku. Woda ciepła, ale mocno zmącona. Z bliska trochę mniej turkusowa, ale i tak jesteśmy zachwyceni. Fotki, filmy, kąpiel, opalanie – taki wyjazdowy standard. W ramach urozmaicenia zbieramy kilka sztuk czegoś, co bardzo kłuje w stopy podczas przechadzek po plaży. „Pan gadatliwy” wyjaśnia, że to rodzaj owocu, który po zasuszeniu staje się właśnie taką kolczatką.

Godzina, może dwie i ruszamy dalej na północ w kierunku kanionu rzeki Tary. Wciąż podziwiamy urok Czarnogóry i mniejszych lub większych gór napotkanych po drodze. O zmroku docieramy do Kolasina. To miejsce naszego noclegu, który oczywiście musimy najpierw znaleźć, a nie jest to łatwe. Po kilku porażkach trafiamy na miejscówkę, gdzie śpi już jeden bajker. Właściciel nie ma wolnych miejsc, ale jest na tyle uprzejmy, że wydzwania po kolei swoich znajomych i znajduje nam kwaterę. Zamawia nawet taksówkę, żeby jechała przed nami i wskazała miejsce noclegu. Takie „all inclusive” rzadko się zdarza, więc tym bardziej miło.

Nockę spędzimy w drewnianej chatce na przedmieściu. Przed snem zajadamy suszoną baraninę i kosztujemy lokalnego trunku, montujemy deskę klozetową i zarywamy łóżko. A! Zapomniałem dodać, że wcześniej całe miasto przejechaliśmy „pod prąd”? Zdarza się najlepszym.

Powiązane

Pozostaw komentarz