Dzień ósmy – Theth

Dzisiaj w szeregach następuje podział. Kobitki lecą sobie na żeńską plażę, a my, faceci dajemy dalej ponieść się swoim maszynom. Dziś nastąpił ten dzień, kiedy dotrzemy do celu naszej wyprawy – albańskiej wioski Theth. O tej wiosce położonej w górach Prokletije na wysokości siedmiuset metrów nad poziomem morza można znaleźć wiele różnych opinii. Jednych zachwyca swą niedostępnością i położeniem, innych rozczarowuje. Jest to jedna z najbardziej izolowanych osad w Europie. Jest tam nawet zachowana po dziś dzień wieża, w której schronienie znajdowali przestępcy, których ścigano zgodnie z prawem Kanun – albańskim prawem zwyczajowym. W tej wieży mogli oni się schronić i czekać na „adwokata” pod postacią członka starszyzny, który mógł załagodzić skutki zemsty.

Nas interesował głownie wątek motocyklowy. Wielu już tam było, jeszcze więcej osób planuje tam dotrzeć. Niedostępność wioski budzi zainteresowanie w gronie „dawców”. Chcąc złamać stereotyp, że motocykl szosowy tam nie wjedzie pojechałem swoją CBF-ką, która być może jest jedyną sztuką, która dotarła do celu. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu odprawiając dziewczyny. Motocykle tym razem odciążyliśmy ze zbędnych bagaży, zabierając jedynie puste kufry boczne dla asekuracji, deszczówki i zestawy narzędzi.

Droga do granicy z Albanią przebiega ekspresowo, a znając uprzejmość tamtejszych celników Montenergo opuszczamy jadąc chodnikiem dla pieszych. Szkoder, Koplik i już jesteśmy na ostatniej prostej. Z ciekawostek mogę dodać, że właśnie w Szkodrze załapałem o co chodzi w ruchu ulicznym w tym regionie. Po prostu trzeba pewnie jechać przed siebie, czasem wspomóc się klaksonem czy objechać auto z prawej i całkiem sprawnie można się przemieszczać. Jeśli jedziesz w paradzie ślubnej światła sygnalizacji ulicznej są umowne, a częstotliwość użycia klaksonu wzrasta stukrotnie. Korzystając z okazji podłączamy się do dwóch takich korowodów, płynnie przemierzających miasto.

W miejscowości Koplik kierunkowskaz pokazuje, że Theth jest w prawo. Skręcamy i w oddali już widać potęgę Gór Przeklętych. Droga z nudnej i płaskiej prostej robi się bardzie kręta, pnąc się dumnie ku górze. Trasa mimo, że wąska zaczyna sprawiać coraz więcej radości. Już od początku odcinka górskiego asfalt staje się gładki jak stół. Domyślamy się, że pewnie jest tu od niedawna. Po kilkudziesięciu zakrętach mijamy Czechów spotkanych wcześniej w hotelu Alpin. Pewnie zachodzą w głowę co ja tam robię Hondą CBF. Osobiście odradzali mi trasy tego typu.

Pierwszy punkt widokowy zrobiony w formie szklanego balkonu jest naszym pierwszym przystankiem. Widoki coraz lepsze, pogoda też dopisuje, choć w oddali czasem widać ciemniejsze chmury. Powoli zaczynaliśmy wątpić czy na tej trasie jest jeszcze odcinek szutrowy, o którym pisało tak wielu. Po kolejnych kilkunastu kilometrach wątpliwości zostają rozwiane – kolejny punkt widokowy jest miejscem, gdzie kończy się asfalt.

Na szczycie ucinam sobie krótką pogawędkę z Holendrem podróżującym lekkim enduro. On już zna dalszą trasę i uspokaja nas, że nie będzie tak źle pod warunkiem, że nie mamy lęku wysokości, a kamienie pod kołami nie usztywniają nam rąk na kierownicy. Ruszamy dalej…

Trzeba się przestawić. Na tym odcinku już nie będzie rumakowania. Jedziemy spokojnym tempem, asystowani przez Holendra, który postanowił się nami zaopiekować. Chyba lekko wątpił czy damy radę. Koła tańczą na luźnych kamieniach, radośnie uślizgując się to w stronę skarpy to w stronę skały. Koncentracja stuprocentowa. Od czasu do czasu zamieniamy kilka zdań przez intercomy. Droga o sporym nachyleniu i luźnym podłożu daje nam się we znaki. Na jednym z postojów Holender pyta ile waży mój motocykl, bo wygląda na ciężki. Na moje słowa, że waży „two hundred and fifty” słyszę „oooo, fuck”… czyli chyba był ciężki niż jego Kawasaki.

Sama droga do wioski lekko nas rozczarowuje. Krzaki i drzewa zasłaniają wszystko wokół. Jedynie mijane busy wożące turystów zapewniają atrakcje, bo trzeba się czasem ostro nawyginać, żeby manewr nie zakończył się glebą. Na jednym z zakrętów ledwo udało mi się wybronić, a już było słychać doping turystów.

Kolejną atrakcją był strumyk, który w połączeniu ze stromizną drogi i olbrzymimi dziurami tuż przed nim trzeba było przejechać bardzo precyzyjnie. Przy strumieniu robimy krótką pauzę. Tam też wraca po nas Holender zatroskany, że coś nam się stało. On chyba naprawdę nie wierzył, że przejedziemy ten odcinek. Z drugiej strony bardzo to miłe, że obcy jeszcze chwilę temu człowiek dba o to, żebyśmy bezpieczniej dojechali do celu.

Jeszcze kilometr, może dwa i jesteśmy u celu. Kto nie był nie uwierzy, ale ten kawałek drogi liczący może ze dwadzieścia kilometrów potrafi zająć dwie godziny czasu. Drugi bieg włącza się tam nadzwyczaj rzadko. Po krótkiej sesji foto pośrodku pięknych gór zawracamy, bo przed nami kolejne kilka godzin jazdy. W drodze powrotnej trafiamy na korek przy strumyku. Okazało się, że pewna rodzinka postanowiła zdobyć Theth w Fordzie Focusie. Nie wiemy jak zakończyła się historia, ale skutecznie przyblokowali drogę innym samochodom na dłuższą chwilę.

Jeszcze tylko kilkadziesiąt (może kilkaset) zakrętów, mała gleba w kałuży, kilka postojów w celu zrobienia fotki i powracamy do Ulcinj. Podsumowując mamy mnóstwo mieszanych uczuć co do jednej z największych atrakcji turystycznych Albanii, jaką jest wioska Theth. Z pewnością otaczające wioskę góry są przepiękne, jednak aby tam dotrzeć jedzie się w tunelu z drzew i krzaków, co odbiera trochę radości.

Czy warto tam jechać? Pewnie tak, choćby w celu zobaczenia na własne oczy osady, która przez pół roku jest niedostępna. Trzeba to jednak zrobić szybko, bo domy turystyczne już tam wyrastają, a niewykluczone, że za kilka lat asfaltowy odcinek też się wydłuży, robiąc z wioski łatwiejszy cel i górki kurort. Dzień zakańczamy łyczkiem Rakiji w nadmorskiej knajpie, przecież dziś żegnamy się z wybrzeżem. Jutro ruszamy do Bośni.

Powiązane

Pozostaw komentarz