Dzień piąty – Góry Przeklęte

Dochodzi szósta rano. Za oknem słychać mocno uderzające krople wody. Nie jest dobrze, może dogania nas nawałnica, która zalała pobliską Macedonię? Jeszcze chwila drzemki, otwieram okno i dalej bez zmian. Z rynny wali się gruby strumień wody. Postanawiamy zjeść śniadanie i poczekać na dalszy rozwój wypadków. Konsumujemy pyszne omlety z nadzieją patrząc w stronę nieba.

Wspomożeni aplikacją i internetem ustalamy, że za najwyżej dwie godziny powinno być lepiej. Czekamy pijąc kawę na przedsionku motelu. W takich momentach człowiekiem zawsze targają sprzeczne emocje. Głód jazdy wzywa do dalszego pokonywania kilometrów, ale zdrowy rozsądek oczyma wyobraźni kreśli obraz przemoczonych do granic możliwości ciuchów i zachlapanego błotem motocykla.

Cywilizacyjny wynalazek w postaci elektronicznej pogodynki nie kłamał. Wyprowadzamy maszyny z garażu, pożegnalne foty i ruszamy w kierunku Kosowa. Do granicy trzydzieści kilometrów. Jesteśmy ciekawi Kosowa, bo słyszeliśmy różne opinie. Ten ciekawie skonstruowany kraj powstały po bałkańskiej wojnie nie istnieje dla części świata, a już na pewno nie ma go dla Serbii. Już za parę chwil będziemy mogli osobiście sprawdzić o co w tym wszystkim chodzi.

Droga do granicy przebiega szybko. Jedziemy za autem na polskich blachach. Zawsze kiedy widzę taką rejestrację na drugim końcu Europy robi się jakoś miło. Z błogich przemyśleń czasem tylko wyrywa konieczność szybkiego omijania dziur zdradziecko wypełnionych deszczówką. Czasem manewr się nie udaje i wtedy słychać siarczyste łupnięcie w zawieszeniu.

Ostatni kilometr przed granicą, która tam jednak jest lekko nas przeraża. Nie, nie stoją tam z kałachami przedstawiciele Armi Wyzwolenia Kosowa, chodzi o tony śmieci walających się po poboczu. Wygląda to jakby ktoś wysadził w powietrze miejskie wysypisko śmieci. Im więcej śmieci, tym bliżej granicy.

Wreszcie dojeżdżamy do przejścia. Szybko pojawia się bardzo miły celnik – też motocyklista, który tłumaczy nam zasady funkcjonowania tej nietypowej granicy. W wielkim skrócie pisząc trzeba tu wykupić ubezpieczenie za dziesięć euro a jadąc od strony południowej nie należy pokazywać paszportu tylko dowód osobisty. Pieczątka wjazdowa z Kosowa, może się skończyć deportacją przy wjeździe do Serbii. W najlepszym wypadku nakażą zawrócić i jechać przez Macedonię.

Jesteśmy po drugiej stronie. Krajobraz zmienia się dość znacznie. Przybywa marketów, stacji paliw, przydrożnych sklepów. Auta też jakieś takie lepsze, a płaci się w euro. Docieramy do Prisztiny. Trafiamy na spore korki i zasady ruchu, jakich trzeba się od nowa uczyć. Na ulicy chaos jak w filmach z kina azjatyckiego. Człowieka najpierw ogarnia lęk, a później fascynacja. Jakim cudem nie widać tu stłuczek? Nie wiem. Jedno jest pewne – jak już załapiesz ten rytm jazdy, to można to pokochać.

Przejazd przez miasto w upale lekko nas wykańcza więc przystajemy, żeby kupić arbuza. Przydrożny sprzedawca okazuje się bardzo kontaktowym człowiekiem i mimo tego, że mówi tylko w języku swych ojców rozmowa przebiega płynnie. Wkrótce poznajemy na zdjęciach całą jego rodzinę, a on robi sobie z nami fotki, żeby się pochwalić nowymi znajomościami z Polski. Przestają się liczyć pieniądze. Arbuza i dwa melony dostajemy gratis.

Mimo, że do Albanii jeszcze spory kawałek, co chwila towarzyszą nam flagi tej nacji. Mijamy kilka parad ślubnych – przypominam, że to nie sobota. Widać mają inne tradycje w tej kwestii. Kierujemy się ku drodze SH22 – jednej z kilku malowniczych tras wiodących przez Góry Przeklęte. Historii wyjaśniających złowrogą nazwę tego górskiego pasma jest kilka. Tradycyjna legenda mówi, że dwóch braci zabiło się nawzajem podczas walki o względy dziewczyny napotkanej w górach. Kiedy swych martwych synów odnalazła matka zaczęła potwornie głośno wykrzykiwać słowa „Prokleti-je, prokleti-je!” przeklinając dziewczynę i całe otoczenie.

Krótko po przekroczeniu granicy docieramy do doliny rzeki Drin. Ta rzeka będzie nam towarzyszyć przez wiele kilometrów, a jej niesamowite przełomy o głębokości liczonej w setkach metrów robią ogromne wrażenie. Pojawia się nawet pomysł spłynięcia promem w dół rzeki, ale na szczęście go porzucamy. Już pierwsze kilometry po wyjechaniu z portu upewniają nas w tej decyzji.

Droga ostro wije się w górę cienką nitką asfaltu. Szerokość na półtora samochodu. Z jednej strony skały pnące się ku niebu, a z drugiej skarpa, której dno czasem ciężko namierzyć. Chyba żaden rollercoaster nie daje tylu wrażeń. Nie ma tu pasa awaryjnego, nie ma barierek zabezpieczających. Jadąc tą drogą trzeba być jak po znieczuleniu miejscowym. Percepcja musi działać w ograniczonym zakresie. Wyobraźnię trzeba schować w kieszeń.

Nie zastosowanie się do powyższych punktów może skutkować potrzebą zmiany bielizny i to niekoniecznie po wieczornym prysznicu. Co jakiś czas przystajemy, żeby robić zdjęcia. Robimy te foty, ale w głębi duszy wiemy, że nie oddadzą one nawet skrawka tych widoków i połączonych z nimi emocji. Pokonujemy setki zakrętów, mijamy urwane kawałki skały leżące na asfalcie, uważamy na żwir na zakrętach. W tych warunkach błąd może skutkować koniecznością upamiętnienia tablicą nagrobkową. Kilka takich minęliśmy.

Poza nami na drodze pusto. Było dwóch motocyklistów na sprzęcie typu „Komar” oraz kilku pieszych pasterzy gnających bydło lub osiołka niosącego drewno. Od czasu do czasu ciekawskie kozice górskie wychylają łby by dostrzec co robi tyle hałasu na ich terenie. Nie ma tu sklepów, stacji paliw, domów. Jesteśmy my i droga.

Wspomniany brak cywilizacji zaczyna nam doskwierać około godziny dwudziestej. Zaczyna się zmrok. W tych warunkach dalsza jazda byłaby szaleństwem. Na szczęście niebawem ukazuje się nam napis informujący o hotelu za trzy kilometry. Napis początkowo uznany za żart okazuje się prawdą i trafiamy do hotelu zrobionego na styl alpejski… a przecież jesteśmy pośrodku „niczego”. Mamy farta, są wolne pokoje. Odprawiamy wieczorny ceremoniał: prysznic, kolacja, łyczek rakiji. Jutro Góry przeklęte – dzień drugi.

 

Powiązane

Pozostaw komentarz