Dzień szósty – kierunek plaża

Poranek budzi nas odgłosami towarzyszącymi naprawie Mercedesa stojącego pod oknem. To przypomina nam, że jesteśmy w Albanii – kraju gdzie ta marka ma szczególne poważanie. Wstałem najwcześniej, więc rozpoczynam obchód okolicy i robię kilka fotek. Widoki z okna są naprawdę urocze. Wokół góry, lekka mgła i żadnego domu, samochodu czy człowieka w zasięgu wzroku. Chyba już niewiele jest takich miejsc w Europie.

Sprawnie pakujemy bagaże i zjadamy śniadanie. Na deser wcinamy ze smakiem arbuza otrzymanego wcześniej od przydrożnego sprzedawcy. Później kawa, smarowanie łańcuchów – dzień jak co dzień, ale nie… jest jedna nietypowa atrakcja. Niedźwiedzie – te potężne zwierzaki mieszkają w klatce przy samym hotelu. Robimy fotki, podziwiamy miśki, wkrótce pewien Albańczyk pokazuje nam jednak, że można więcej. Po chwili głaskamy niedźwiedzie. Okazuje się, że te dwa osobniki są bardzo oswojone, a pogłaskane po karku bardziej przypominają koty czy psy, domagające się pieszczot niż leśnych drapieżców. Pojawiają się jednak też mieszane uczucia co do zasadności więzienia tych pięknych zwierząt.

Przed wyjazdem ucinamy też sobie krótką pogawędkę z mieszkającymi w tym samym hotelu motocyklistami z Czech. Ruszamy dalej w kierunku morza. Dzisiejszym celem jest Ulcinj w Czarnogórze. Jako, że byliśmy w połowie naszej przeprawy przez Góry Przeklęte przed nami jeszcze sporo frajdy z jazdy po zakrętach. Droga jest taka, jak przed hotelem – kręta, niebezpieczna i pokryta kamieniami. Z zaciekawieniem wypatrujemy jednej z atrakcji Albanii – bunkrów. Nie ma ich w tej okolicy setek, ale kilka uda nam się wypatrzeć. Na szczęście ten element historii odchodzi w zapomnienie i przyroda doskonale radzi sobie z maskowaniem takich obiektów.

Widoki tak samo piękne mimo, że krajobraz się zmienia. Oddaliliśmy się od rzeki, przez co zrobiło się bardziej „pustynno” i ciepło. Zamiast wielkiej wody w dolinach widać już tylko zwały kamieni. Sporo wyschniętych strumieni i rzeczek. Na okres letni pozostały po nich jedynie tabliczki na mostach określające nazwę cieku. Wreszcie udaje nam się znaleźć jeziorko pomiędzy górami. Postanawiamy trochę odpocząć, jednak zapach wody nie napawa optymizmem. Mimo wszystko „rozbijamy obóz” i już po chwili zajadamy się melonem, który również został nam podarowany wcześniej.

W trakcie dalszej drogi mijamy kilka albańskich miasteczek i wiosek. Życie wygląda tu spokojnie. Nie ma pośpiechu wszechobecnego w krajach Zachodu. Chyba dlatego tak lubię ten region. Od czasu do czasu widać ślady przypominające, że dwadzieścia lat temu odbywał się tu najbardziej krwawy konflikt powojennej Europy. Ślady na ścianach budynków i przestrzelone przydrożne tablice dają do myślenia.

W oddali zaczyna być widoczne Jezioro Szkoderskie – największy śródlądowy akwen na Bałkanach. Skadarsko blato, czyli „bagno szkoderskie” jak nazywają jezioro miejscowi jest miejscem zbiegu granic albańskiej i czarnogórskiej. Dokładne zwiedzanie tej okolicy zostawiamy sobie na później. Zrobimy to od strony Montenegro.

Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach i przekroczeniu granicy z Czarnogórą zaczynają się pojawiać przydrożne palmy oraz pędy bambusa masowo rosnące na poboczach. To oznacza tylko jedno – zbliżamy się do morza! Jeszcze tylko posiłek na trawniku pod marketem (czym wzbudzamy podziw u napotkanych Holendrów), jeszcze tylko rozpakowanie bagaży na kwaterze u pocztowca, jeszcze tylko pranie i ruszamy nad morze!

Na deptaku gwarno, przytłaczająca masa turystów przesuwa się to jedną to w drugą stronę napawając radością sklepikarzy i restauratorów. Niestety czasem to wykorzystują, o czym sami się przekonaliśmy płacąc pokaźny rachunek na kolację. Chociaż jedzenie było pyszne… Rozczarowuje widok żebraków i osób wykorzystujących swe dzieci zarobkowo wcielając je w role tańczących „małpek”. Trudno do tego przywyknąć. Plaże już pozamykane. Wykąpiemy się jutro, a dziś kosztujemy miejscowych wyrobów procentowych. Zaczęła się planowana pauza w podróży 🙂

Powiązane

Pozostaw komentarz