Górski Badachszan – pięknie i emocjonująco

Z Duszanbe ruszyliśmy zaraz po śniadaniu, chwilę po tym, jak pogadaliśmy ponownie z właścicielem i popróbowaliśmy owoców z jego drzew. Nasze motocykle były całe w zeschniętej glinie i błocie. Wyglądały słabo, ale mieliśmy świadomość, że za chwilę miał zacząć się offroad i w związku z tym szkoda było wody na pucowanie maszyn.

Z Duszanbe do Chorog jest około pięćset kilometrów drogi. Planowaliśmy to przejechać w jeden dzień, ale niebawem życie sprostowało nasze plany. Asfalt skończył się zaraz obok jednego z punktów kontrolnych i zaczęła się zabawa. Czerwona glina, która dzień wcześniej robiła z drogi lodowisko, tutaj była wszechobecna. Spore kałuże i koleiny wyjeżdżone w trakcie deszczu łapały koła i trzymały je niczym tory kolejowe.  Ścieżkę przejazdu trzeba było planować z wyprzedzeniem, aby zachować równowagę i nie zaliczyć gleby.

Krajobraz stawał się coraz bardziej dziki i piękny zarazem. Droga na półtorej szerokości auta, wyryta w zboczu góry i nie zabezpieczona żadnymi barierkami napawała lękiem, ale jednocześnie kusiła, żeby ją odkrywać wciąż dalej i dalej. Co jakiś czas rudoczerwona trasa była przecięta strumieniem wody lejącym się z gór. Niektóre z takich wodospadów poprowadzono za pomocą szerokich rur poniżej gruntu, jednak zdecydowaną większość trzeba było pokonywać brnąc przez rwącą rzekę.

Najtrudniejsze były mijanki z autami jadącymi z naprzeciw. Jechało się wtedy kilkadziesiąt centymetrów od przepaści, czasem trzeba było stanąć i przepuścić innych. Górski Badachszan to rejon, gdzie jadąc „żółtą” drogą, jedzie się cały czas offroadem. Nie wiedzieliśmy czego można się spodziewać dalej.

Dojechaliśmy do wioski, gdzie na górce widać było stację paliw. Mając świadomość, że z paliwem w górach będzie problem, postanowiliśmy tankować przy każdej nadarzającej się okazji. Stacja była, dystrybutor też, ale paliwo lano z wiadra lub słoika. Jak brałeś dziesięć litrów, to wiadro, jak mniej to za miarkę robił litrowy słoik. Wszystko odmierzał nastolatek stojący obok. Śmiechu było przy tym sporo, bo młodzieniec chciał nas skrobnąć na dwa litry.

Od słowa do słowa zostaliśmy zaproszeni na obiad przez miejscowego traktorzystę. Już chwilę później gnaliśmy za pędzącym traktorem w stronę zabudowań w dole wsi. Bramę z drucianej siatki otworzyła nam gromada dzieciaków i już za moment zajadaliśmy mięso, kwaśne mleko i chleb. Do biesiady dołączył kuzyn gospodarza. Miła pogaducha trwała długo, a do tego o mały włos byśmy zostali chrzestnymi dziecka, którego spodziewała się żona gospodarza. Bardzo przyjemnie było gościć u człowieka, który ma bardzo mało, ale jest gotów się podzielić z przypadkowo poznanym człowiekiem. Szkoda, że taki zwyczaj zanika w zachodniej cywilizacji. Gromadka dzięki dostała od nas pamiątkowe naklejki, co sprawiło im wielką radość. Chociaż tak chcieliśmy się odwdzięczyć za poczęstunek przed odjazdem.  

Jechaliśmy wciąż pomiędzy górami, które syciły nasze oczy pięknymi widokami i dawały trochę cienia w tym upalnym dniu. W dole płynęła rwąca rzeka niosąca mętną wodę. Co jakiś czas napotykaliśmy posterunki, gdzie sprawdzano nasze paszporty, wizy i pozwolenia na poruszanie się w tym rejonie. Tak, ten rejon jest wciąż miejscem „gorącym”. Afgańczycy i Tadżyki najwyraźniej się nie lubią i wciąż istnieje ryzyko wybuchu nowego konfliktu. Teren jest patrolowany przez ludzi zaopatrzonych w AK-47,a co jakiś czas pojawiają się także żółte tablice informujące o minach na poboczu.

Im dalej jechaliśmy, tym bardziej do nas docierało, że nie damy rady pokonać drogi do Chorog w jeden dzień. Przed nami pojawiła się pierwsza trudniejsza przeszkoda. Rwąca rzeka przecinała drogę i w przeciwieństwie do wcześniejszych wodospadów, ta woda była szeroka, głębsza i bardzo rwąca. Wojskowe wodery zabrane z domu tym razem bardzo się przydały. Suchą stopą przeprawiliśmy się na drugi brzeg.

Oprócz wody i coraz gorszej drogi na trasie pojawiła się jeszcze jedna atrakcja – psy pasterskie. Owczarki Środkowoazjatyckie, bo o nich mowa, to psy ważące po kilkadziesiąt kilogramów, bardzo wysokie i umięśnione. Na co dzień odstraszają wilki i niedźwiedzie, ale motocyklistów też nie lubią. Każdy z napotkanych psów chciał nas dopaść. Trzeba było szybko zwiewać.

Po całym dniu jazdy, gdy słońce zaczynało się już chować na szczytami gór dojechaliśmy do kolejnej rzeki. Po moście zostały tylko fundamenty, resztę zabrał żywioł. Miejscowe dzieciaki wraz z żołnierzem z posterunku po drugiej stronie rzeki obserwowali nasze poczynania, a my zabieraliśmy się do przeprawy. Niestety rwąca woda i duże kamienie na dnie spowodowały, że pierwszy z motocykli przewrócił się w wodę, a cały dobytek przemókł. Z drugim było o tyle lepiej, że ciuchy w kufrach pozostały suche, jednak też był duży kłopot z przejazdem przez rzekę. Jedno z kół utknęło w miękkim, żwirowym dnie, a wahacz oparł się o kamienie. Dopiero po kilku minutach udało się ruszyć z miejsca i wyjechać z wody.   

Przemoczeni i zmęczeni zaczęliśmy szukać noclegu. Na szczęście w górskiej wiosce był meczet, a obok niego dom, w którym zbierała się starszyzna. Dostaliśmy do dyspozycji jeden z pokoi. Nie mieliśmy wody do picia, ani jedzenia na kolację. Z pomocą przyszedł nam lokalny nauczyciel angielskiego, który zaoferował pomoc w suszeniu ubrań i przyniósł posiłek zrobiony z lokalnych składników. Sklepu spożywczego nie było w promieniu kilkuset kilometrów, więc bardzo nam się ta pomoc przydała.

Wieczór i poranek spędzony w towarzystwie tego uczynnego człowieka pozwolił nam bliżej poznać zwyczaje panujące w okolicy oraz lokalną religię. Wiele o tym rozmawialiśmy. Czasem warto posłuchać, że ludzie mają marzenia, które dla nas, Europejczyków są na wyciągnięcie ręki. Spojrzenie z innej perspektywy pozwala docenić codzienność, w której żyjemy. Z tego spotkania obie strony były zadowolone. My mieliśmy więcej wiedzy o lokalnych zwyczajach, a on mógł w praktyce użyć języka, którego na co dzień uczy w szkole.  

Powiązane

Pozostaw komentarz