Grossglockner – motocyklowa mekka (cz. 1)

 

Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii, wznoszący się na 3798 m n.p.m. U podnóża tej góry znajduje się lodowiec Paterze oraz to, co przyciąga tu co roku tysiące motocyklistów – Hochalpenstrasse Grossglocknerstrasse. Ta wysokogórska trasa alpejska zachwyca ilością zakrętów i widokami mijanymi przez całą jej długość, ale od początku…

Pomysł wyjazdu w Alpy i odwiedzenia lodowca zrodził się w mojej głowie już dość dawno, bo w roku 2014. Plan był taki, aby objechać ciekawe przełęcze Austrii, Włoch i Szwajcarii. Niestety, jak to bywa z planami, czasem się walą. Tak też było z tym planem. Został zamieniony na wyjazd w południowe wschodnie regiony Europy.

Zmiana planów nie wykluczyła jednak wizyty w Alpach i Grossglockner cały czas był tam gdzieś „z tyłu głowy”, gdzie trzymam najważniejsze projekty motocyklowe. W tym roku z racji wczesnej wyprawy do krajów nadbałtyckich (czerwiec – lipiec) czułem pewien niedosyt. Postanowiłem, że w „standardowym” terminie swoich wyjazdów, tj. około 15 sierpnia trzeba zaliczyć Alpy.

Kluczowym zagadnieniem tego wyjazdu była pogoda. Jak wiadomo wjazd w dzień pochmurny lub deszczowy w rejon wysokich Alp jest co najmniej nieprzyjemny. Tym razem wszelkie prognozy wskazywały na poprawę pogody w niedzielę, zatem decyzja zapadła – ruszamy w piątek rano. Ekspresowe tempo przygotowań na szczęście nie robi już na mnie wrażenia. W odróżnieniu od innych wyjazdów, tym razem postanawiam nie brać namiotu i zaklepać hotel na pierwszy dzień wyjazdu. Nigdy nie robię rezerwacji na cały wyjazd, bo to nie daje swobody zmiany trasy czy dziennych przebiegów.

Ruszamy we dwoje – ja i mój „plecak”. Z optymizmem zerkam w niebo oraz aplikację z telefonie, która pokazuje jak podążają fronty atmosferyczne. Obieramy trasę na Brno i planujemy pierwszy nocleg w Wiedniu. Jak się później okazało tak ułożone trasa to strzał w dziesiątkę. W zachodniej części Czech w tym czasie przechodzi potężna nawałnica. Późnym popołudniem docieramy do stolicy Austrii. Udało nam się uciec przed burzami i ulewami nękającymi Europę tego dnia. Lokujemy się w hotelu i ruszamy w miasto.

Na pierwszy ogień idzie Prater – spore wesołe miasteczko ulokowane w centrum. Stoi tu najstarszy „diabelski młyn” w Europie z którego można podziwiać panoramę miasta. Tą atrakcję zaliczyliśmy poprzednio, zatem tym razem poprzestajemy na spacerze i zakupie pamiątkowego magnesu. Dalsza przechadzka po mieście uświadamia nam zmiany, jakie zaszły tu (a może w całej zachodniej Europie) przez zaledwie kilka ostatnich lat. Na ulicach widać mnóstwo kobiet w typowo muzułmańskich strojach. Jest też spora gromada żebraków, w tym także tych władających językiem polskim.

Wiedeń jako miasto jest jednak nadal piękny, choć po tym, jak odwiedziłem w ostatnim okresie inne stolice odbieram go już bardziej „na chłodno”. Niezmiennie zachwyca swą potęgą Dunaj oraz pływające po nim duże i małe statki wycieczkowe. To właśnie nad rzekę pokierowaliśmy się wieczorną porą, aby podziwiać rzekę i światła miasta okryte mrokiem. Rano szybkie pakowanie, cholernie droga opłata za parking i ruszamy w kierunku celu. Zamówiłem nocleg tuż obok wjazdu na trasę alpejską, w jednej z pobliskich wiosek. Do pokonania mamy około pięciuset kilometrów, więc ostro ruszamy w drogę.


Trasa przebiegała szybko i płynnie. W większości autostradą, nad czym ubolewam. Im bliżej było celu, tym okolica robiła się ciekawsza. Nadeszła chwila zjazdu z autostrady i wtedy rozpoczęła się zabawa. Idealny asfalt i wyprofilowanie zakrętów, piękna pogoda i optymalna temperatura – cóż można chcieć więcej. Kolejne kilometry i kolejne zachwyty. Góry stają się coraz wyższe i potężniejsze. Przyroda zaczyna malować piękne krajobrazy jednocześnie przypominając o swej potędze majestatycznymi bryłami kolejnych szczytów. Alpejskie łąki wyglądają jakby wyszły spod ręki malarskiego mistrza. Drewniane domki porozrzucane w dolinach dopełniają całości.

Jadąc w takich okolicznościach trudno się skupić tylko na drodze i instynktownie odpuszcza się manetkę, aby wszystkimi zmysłami odbierać tą mnogość bodźców. Podróżowanie motocyklem to przecież nie tylko bicie rekordów na dystans i tempo, ale również możliwość łykania zapachów i widoków w sposób bezpośredni. Czasem łyka się też komary, ale to już nie takie przyjemne 🙂

Gdy nawigacja pokazała kilka kilometrów do celu zaczęła się prawdziwa zabawa. Nasz nocleg mieści się na wysokości około 1700 m n.p.m., zatem musieliśmy rozpocząć wspinaczkę. Droga o szerokości jednego auta i agrafki przyprawiające o skręt karku znakomicie podnoszą adrenalinę. Małe zamieszanie z odszukaniem właściwego domku i możemy odetchnąć. Zmęczenie daje się we znaki. Po rozpakowaniu jedziemy na rekonesans pod bramki wjazdowe trasy na „Grossa”. Wszyscy zjeżdżający mają kiepskie miny i deszczówki, więc odpuszczamy wjazd i czekamy na lepsze warunki z nadzieją, że nadejdą już rankiem….

…cdn

Powiązane

Pozostaw komentarz