Grossglockner – motocyklowa mekka (cz. 2)

 

Szósta rano – o takiej porze w wakacje rzadko kogo można ściągnąć z łóżka. Mnie wystarcza odrobina motywacji w postaci pięknej pogody. Z okna widać górskie szczyty aż po horyzont, Grossglockner pięknie lśni w porannych promieniach słońca. Szybko zjadamy śniadanie przygotowane przez gospodarza, pakowanie kufrów i ruszamy. Od razu kierujemy się na bramki, gdzie płacę za bilet wjazdowy. Przy okazji pytam czy można na tym bilecie przejechać trasę raz jeszcze tego samego dnia. Na moje pytanie Pan z bramki odpowiada przecząco, co jednak okaże się nieprawdą.

Droga ostro wspina się w górę, a motocykl radośnie pochyla się na prawo i lewo. Idealny asfalt, oznakowanie, pogoda – to wszystko sprawia, że radość z jazdy jest jeszcze większa. Chyba niebiosa chcą nam w ten sposób zrekompensować jazdę przez dwanaście dni w deszczu podczas trasy do Estonii pokonywanej miesiąc wcześniej. Im wyżej jesteśmy, tym widoki piękniejsze. W zasadzie na każdym kilometrze trasy można co chwilę stawać i robić zdjęcia. Przy drodze wesołe znaki ostrzegają o świstakach, które mogę przebiegać przez drogę. Białe od śniegu górskie szczyty są coraz bliżej i świetnie komponują się z błękitem wody w rzekach i jeziorkach oraz zielenią alpejskich łąk. Robi się też coraz chłodniej.

Po niedługim czasie docieramy do parkingu obok zejścia do pieszej trasy na lodowiec. Jesteśmy jednymi z pierwszych na motocyklowym parkingu. Biorę do ręki aparat i robię mnóstwo zdjęć. Najwyższy szczyt austriackich Alp i leżący u jego stóp lodowiec Pasterze są przed nami. Wszystko wokół wydaje się takie małe. Przechadzając się wokół parkingu i po tarasach widokowych mamy okazję zobaczyć symbol tej okolicy. Pan Świstak, we własnej osobie wygrzewa się na słońcu przed swym domem, sprawiając nam tym wiele radości.

Podejmujemy też próbę zejścia pieszym szlakiem wiodącym do języka lodowca, jednak kiedy dostrzegamy, że ludzie na dnie doliny to zaledwie małe „robaczki”, odpuszczamy. Kupujemy kilka drobnych pamiątek, spotykamy Polaków obok stoiska monopolowego i śmiejemy się wspólnie, że to przecież takie oczywiste miejsce na spotkanie rodaka. Atrakcją jest możliwość wysłania do domu kartki pocztowej wprost z gór, co oczywiście czynimy.

Parking zaludnia się wraz z osiągającym powoli zenit słońcem. Ruszamy dalej w kierunku dwóch przełączy, jakie wcześniej „namierzyłem” na mapie. Wracamy w strony z jakich wjechaliśmy na górę, a następnie kierujemy się na południe. Mijamy setki motocykli, a w Lienz spotykamy polskie małżeństwo jadące na „Grossa”. Kawałek za Lienz jest piękna trasa widokowa. Trochę ukryta, nie tak oblegana, ale chyba nie tylko my o niej wiemy. Skręcamy w prawo razem z dwoma Niemcami na GS-ach i zaczyna się zabawa.

Pierwszy odcinek to wspinaczka, a dalej jest już tylko lepiej. Cały czas jedziemy po pięknych zakrętach, raz w górę, raz w dół. Po lewej stronie widzimy najwyższe szczyty tego regionu w pełnej krasie. Po prawej ręce zielone łąki i alpejskie wioski, w dolinach małe miasteczka – jest cudnie. W takiej scenerii upływa następne sześćdziesiąt kilometrów drogi. Zatrzymujemy się kilka razy, robimy dziesiątki fotografii. Mijamy też kolejny polski duet na motocyklu. Przejazd tą trasą poszedł na tyle sprawnie, że postanawiamy jeszcze jechać do wioski znajdującej się po drugiej stronie Grossglocknera, niż ta widziana rano. Oczywiście trasa wiedzie przez kolejną , piękną przełęcz.

Kolejne wioski, łąki, rzeki, wodospady. Niby wszystko się powtarza, ale nic nie nudzi. Każde z mijanych miejsc jest inne, piękne na swój sposób. Drugie śniadanie jemy pod największym z mijanych wodospadem. Jak pisałem wcześniej zakaz wjazdu drugi raz na tym samym bilecie na Hochalpenstrasse Grossglocknerstrasse okazał się nieprawdą, zatem ponownie kierujemy się na tą trasę i dalej w kierunku Salzburga. Noclegów na ten wieczór jeszcze nie mamy, bo nie wiemy ile czasu zejdzie nam na przejazd.

Na bramce wjazdowej miła Pani skanuje mój bilet i życzy szerokiej drogi. Znów ruszamy pod górę, tym razem jednak na rondzie skręcamy w prawo, mijając wcześniej odwiedzony parking i punkt widokowy. Pojawiają się nowe dla nas widoki, jeszcze lepsze zakręty. Pomykamy zachwyceni okolicą. Wkrótce docieramy w pobliże najwyższego punktu trasy, zjeżdżamy do zatoczki postojowej, żeby zrobić nowe zdjęcia i… leżymy.

Siła grawitacji połączona z pochyleniem gruntu powala nas na glebę. Mój „plecak” jak z katapulty wylatuje na kilka metrów dalej (nie pytajcie jakim cudem), a ja kapituluję i odkładam ważący kilkaset kilogramów motocykl na asfalt. Na szczęście wszyscy cali, pozostało kilka siniaków, jednak jest kłopot. Ta sama siła która powaliła nas na glebę, a nad badaniem której Newton i Einstein spędzili kawał życia, nie pozwala nam podnieść maszyny. Varadero z bagażami to przecież ponad trzysta kilogramów!

Z opresji ratuje nas Polak, jadący z synem. Zauważają leżący motocykl i postanawiają nam pomóc. Dopiero w trzy osoby udaje się podnieść motocykl na koła. Niestety podnóżek kierowcy ułamany, a pasażera pęknięty. Ruszamy dalej na północ kierując się do znajomych, do Straswalchen, gdzie będziemy próbować dokonać tymczasowej naprawy. Na szczęście jeden z mieszkańców naszego miasta przeprowadził się w te regiony.

Te ponad sto sześćdziesiąt kilometrów z nogą w górze to ostry test mojej kondycji. W połowie drogi robimy postój, bo noga chce mi odpaść ze zmęczenia. Na miejsce docieramy, gdy zapada zmrok. W zarezerwowanym hotelu brak miejsc. Nasz pokój sprzedano przez pomyłkę pół godziny wcześniej. Właściciel okazuje się bardzo miłym i odpowiedzialnym człowiekiem i w mig załatwia nam spanie nieopodal. Jeszcze tylko wieczorne piwko ze znajomymi, pogaduchy, plan naprawy podnóżka i idziemy spać.

Nazajutrz dojazd do garażu, gdzie miała odbyć się naprawa okazał się wyzwaniem. Zaledwie cztery kilometry z nogą w powietrzu okazały się strasznie męczące z uwagi na zakwasy po wczorajszej trasie. Na szczęście naprawa okazała się owocna w skutkach i po wypiciu kawy ponownie ruszamy dalej, tym razem w kierunku Czech i miasta Lipno nad Vitavou. Jest tam wieża widokowa serwująca „spacer w chmurach”. Ten otwarty w 2012 roku obiekt pozwala na wejście na wysokość czterdziestu metrów i podziwianie okolicy znad koron drzew. Z uwagi na zmęczenie tempem ostatnich dni fundujemy sobie wjazd na górę wyciągiem i jedynie trasę na wieżę pokonujemy pieszo.

Z Lipna kierujemy się do Pragi, gdzie spaliśmy ostatnią noc w trasie. Z samego rana ruszyliśmy do domu, a tuż po obiedzie motocykl zaparkował w garażu. Kolejne 2300 km dobiło do wskazań licznika.

Powiązane

Pozostaw komentarz