Kazachstan – pierwsze zderzenie z ojczyzną Borata

Wstaliśmy dość wcześnie. Tego dnia ma zacząć się ta „właściwa” przygoda, mamy wjechać do kraju, gdzie jeszcze nas nie było – Kazachstanu.

Pożegnaliśmy się z komarami i olbrzymią Wołgą, robiąc sobie pamiątkową fotkę nad brzegiem rzeki, na tle wieżowców w klimacie jakby trochę z Dubaju. Chwilę później przepychaliśmy się w korkach na wylocie z Wołgogradu. Przed nami było jeszcze ostatnie z większych Rosyjskich miast – Astrachań.

Cały czas poruszaliśmy się wzdłuż Wołgi i co jakiś przez dziury w pasie zieleni obsadzonym przy trasie można było dostrzec nurt. Od czasu do czasu pojawiały się też stoiska z rybami. Ta olbrzymia rzeka jest naprawdę obfita w leszcze, sumy, szczupaki, które w formie wędzonej lub suszonej można tu kupić w każdym sklepie.

Nie mogliśmy sobie odmówić skosztowania tych lokalnych specjałów i zajechaliśmy pod jeden z malowniczych przydrożnych bazarów z owocami, warzywami i oczywiście z rybami. W pierwszych krokach odwiedziliśmy sklep, gdzie kupiliśmy napoje do picia oraz kawior, za uwaga – jeden złoty siedemdziesiąt groszy. Na co dzień żaden z nas nie gustuje w kawiorze, ale przecież jesteśmy na wakacjach, zrobiliśmy sobie „all inclusive”.

Gdy tak zajadaliśmy się ciemnym chlebem i kawiorek popijanym coca colą podeszła do nas kobieta sprzedająca ryby na stoisku obok i zrobiła kilka zdjęć naszych maszyn. Jak się okazało chwilę później, ta Pani to prawdziwa fanka motocykli, która ma niezłą kolekcję zdjęć bajkerów, którzy zatrzymywali się nieopodal bazaru. Nie muszę chyba wspominać, że pięć minut później zajadaliśmy wędzonego suma na zapleczu stoiska, słuchając lokalnej muzyki.

Astrachań minęliśmy tranzytem z uwagi na brak czasu. Nie było wiadomo ile zajmie nam przekroczenie granicy. Na Wschodzie to zawsze niespodzianka i nigdy nie zależy za wiele planować do czasu pozostawienia granicznych szlabanów za plecami.

Im dalej w kierunku Kazachstanu, tym bardziej odludnie i dziko prezentował się krajobraz. Jeszcze przed granicą zaliczyliśmy też przejazd przez most pontonowy na jednej z rzecznych odnóg delty Wołgi. Ten most znany jest z filmów na You Tube, szczególnie w momentach, kiedy jest prezentowana przejeżdżająca ciężarówka i most się zatapia, a woda unosi osobowe auta jadące z przodu i z tyłu.

Odprawa na wyjeździe z Rosji przeszła szybko. Dostaliśmy do ręki nasze paszporty i karteczki, znane nam już wcześniej, które należy oddać przy wjeździe do kolejnego kraju. Ruszyliśmy dalej wypatrując rogatek z celnikami z Kazachstanu. Jechaliśmy tak kilometr, dwa, pięć i nic. Kazachstanu nie widać. Już mieliśmy zawracać i pytać czy przypadkiem nie zapomnieliśmy podejść do jakiego okienka, ale w oddali pojawił się most z budką strażniczą. To tam oczekiwał nas ostatni rosyjski pogranicznik. Kilka kilometrów dalej. Kilka kilometrów ziemi niczyjej. To dopiero pas graniczny!

Kazachowie odprawili nas szybko. Po drugiej stronie ludzie jakby inni. Kobiety w burkach, faceci bardziej opaleni. W jeden moment zostaliśmy otoczeni jako atrakcja oraz potencjalni klienci mobilnych kantorów, lub jak kto woli cinkciarzy.

Pomimo, że wszystko odbywało się w hałasie i przepychance, kiedy doszło do wymiany dolarów na lokalną walutę sprzedawcy zachowywali dystans. Całe szczęście, że tak to wyglądało, bo trochę baliśmy się na początku momentu, gdy wyjmiemy z kieszeni zwitek dolarów.

Powoli słońce zaczęło zniżać się nad horyzont, a asfalt po którym jechaliśmy po północnej stronie morza Kaspijskiego zaczął przypominać roztopioną czekoladę. Koleiny było wyższe od opony. Podmokła okolica sprawiała, że nasyp podpierający drogę był sukcesywnie wymywany.

Ogromne przestrzenie wokół nas, niska i rzadka zabudowa, cmentarze z murowanymi grobami i znakiem księżyca dowodziły, że to już inny kraj i inna religia. Po niedługim czasie doświadczyliśmy jeszcze jednego. Odległości też tutaj mierzy się inaczej. Niedaleko oznacza około dziesięciu kilometrów.

Doświadczyliśmy też jeszcze jednej rzeczy – życzliwości ludzi. Szukając hotelu, gdy już było prawie ciemno spotkaliśmy lokalnego bajkera na małym enduro, który krążył z nami po okolicy tak długo, aż znalazł nam nocleg. Na pytanie o zapłatę przybił z nami piątkę i odjechał.

Pierwszy raz obserwowaliśmy też noc tak ciemną, że trudno iść, żeby się nie potknąć. Nic nie było widać na metr do przodu. W oddali jedynie pojedyncze światełka z niskich domów.

Wieczór spędziliśmy popijając lokalne piwo i tocząc rozmowy z mężczyznami, którzy spali w tym samym hotelu. Pomimo kilometrów dzielących nasze domu, pomimo różnic kulturowych i różnych religii, wreszcie pomimo różnic w zasobności portfeli, tak ważnej w „naszym” świecie dogadywaliśmy się świetnie i było przy tym wiele śmiechu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.