Kirgistański pech

Wstaliśmy dość wcześnie, bo ziąb nie pozwalał rozkoszować się łóżkiem. Grzejnik niby coś tam dawał, ale i tak trząsłem się z zimna przez pół nocy. Rześki poranek na miejscowych nie robił wrażenia, byli oswojeni z klimatem, natomiast my i poznani dzień wcześniej Niemcy ubraliśmy się grubiej.

Standardowo zaczynamy od toalety, oględzin motocykli i pogaduchy z gospodarzem, któremu brakuje kilku zębów, a zmęczone dłonie mówią o tym, że nie próżnował w życiu. Ten bardzo miły człowiek zapytał o to, o co pytali też inni – skąd i dokąd jedziemy. Trzeba wspomnieć, że Polska to dla większości ludzi w Azji bardzo odległy kraj i informacja o naszym pochodzeniu wywoływała lekkie zdziwienie.

Po śniadaniu nalepiliśmy pamiątkową naklejkę na drzwi jadalni i ruszyliśmy chwilę po niemieckiej ekipie w kierunku Osz, a następnie Biszkeku – stolicy Kirgistanu. My, w przeciwieństwie do zachodnich sąsiadów mieliśmy jeszcze zaledwie dwa tygodnie na powrót do kraju, więc już po kilku kilometrach ich doganiamy i wyprzedzamy. Zwyczajnie jechaliśmy lepszym tempem, co niestety już niedługo później dało nam się we znaki.

Zatankowaliśmy na pierwszej napotkanej stacji, wcześniej pokonując piękną przełęcz, która zmieniła też dość istotnie odczuwalną temperaturę. Już nie było chłodno.

Tuż za pięknymi, skalistymi górami na przełęczy, pojawiła się nadrzeczna dolina otoczona piaskowcami (?) lub czymś na ten styl. Kolorystyka stała się pomarańczowo – żółta, co w połączeniu z zielenią krzaków, niebieskim niebem i rzeką w kolorze kawy z mlekiem tworzyło naprawdę cudny pejzaż.

Kirgistan to kraj posiadający piękne i dzikie góry, ale także rejony bardzo zbliżone wizualnie do naszych europejskich miast i wsi. Jak już nie było co oglądać, to lekko odkręciliśmy manetki. Wlot do miasta, górka, ograniczenie prędkości do czterdziestu kilometrów na godzinę i ciach… Wpadliśmy, jak śliwki w kompot, zmierzeni przez trzy stojące po lewej stronie radiowozy.

Policyjne radary w Kirgistanie to nie nasze, polskie suszarki. To solidny sprzęt stojący na trójnogu i robiący zdjęcie każdemu, kto naruszy przepisy. Nasze fotki wyszły nadzwyczaj dobrze, prawo jazdy poszło do kieszeni policjanta i zaczęły się negocjacje.

– Trzysta dolarów od każdego z was

– Nie mamy dolarów

– To zabieram prawo jazdy i piszę pokwitowanie

– Nie mamy dolarów

I tak w kółko przez kwadrans. Dolary oczywiście mieliśmy, więc skończyło się na dwudziestu dolarach i lokalnej walucie w kwocie jaką miałem w kieszeni – razem wyszło ze sto pięćdziesiąt złotych za nas dwóch. Perfekcja w wyłudzaniu łapówki i szybkość jej ukrywania nie świadczą raczej dobrze o lokalnej władzy. Tak, czy inaczej prawo jazdy odzyskane i ruszyliśmy dalej.

Jechaliśmy tak bluzgając pod nosem na całą tą sytuację i kilka kilometrów dalej powtórka! Scena, jak u Bareji – oznaczenie „czterdziestka”, a za nim radiowóz. Tym razem cena to pięćdziesiąt baksów, a kabaret rozegrany przez mundurowych jeszcze lepszy. Tym razem był dobry i zły policjant.

Prawo jazdy znów było po chwili w naszych kieszeniach, a my mieliśmy totalnie zepsuty dzień. Następne kilometry schodziły wolniej i jakby mniej cieszyły. Zostaliśmy bez lokalnej waluty, z garścią dolarów, za które i tak się nic nie kupi w sklepie. Głód zaczynał nam doskwierać, a to był dopiero początek kłopotów, bo na naszej drodze stanęła bramka do opłat drogowych.

Bramka skutecznie odcięła nas od drogi, którą musieliśmy pokonać chcąc jechać dalej. Obejście okolicznych sklepików i stoisk nic nie dało. Nikt nie chciał zamienić nam dolarów na lokalne pieniądze. Zdesperowani ruszyliśmy do punktu poboru opłat z nadzieją, że może coś jednak ugramy. Jakież było nasze zdziwienie na wieść o tym, że przejazd motocykli będzie za darmo. Panowie odsunęli pachołki, a my ruszyliśmy dalej.

Nasza radość trwała aż do następnej stacji paliw, bo zatankować za dolary lub płacąc kartą też się nie udało. Zostaliśmy bez noclegu, paliwa i bez możliwości kupienia czegoś na kolację.

Kiedyś czytałem, że jeśli zaufasz drodze, to droga się Tobą zaopiekuje – tak było i tym razem. Na stacji zaczął nam się przyglądać lokalny biznesmen, który po chwili zapytał czy jesteśmy z Polski. Na wieść, że faktycznie pochodzimy z kraju Papieża i Wałęsy uśmiechnął się, wspominając serial „Czterej Pancerni i Pies”. To właśnie sentyment do tego wojennego serialu sprawił, że chwilę później mieliśmy już nocleg w hotelu, kolację i równowartość stu dolarów w lokalnej walucie. Uratowani!

Z utrapieniami całego dnia rozprawiamy się popijając czystą, kirgiską wódkę siedząc o zachodzie słońca na hotelowym tarasie.  

Powiązane

Pozostaw komentarz