Klify, Tallinn, wodospady i bagna

Po powrocie na stały ląd skierowaliśmy się w stronę stolicy Estonii, jednak oczywiście nie pominęliśmy  atrakcji znajdujących się po drodze.

Pierwsza w planie była latarnia morska na półwyspie Pakri oraz klify znajdujące się w jej okolicy. Półwysep Pakri okazał się bardzo malowniczym miejscem i już od pierwszych kilometrów pokonanych jego brzegiem byliśmy zachwyceni.

Latarnia, do której wreszcie dojechaliśmy została wybudowana w roku 1724, a jej przebudowy dokonano w roku 1889. Wysoki na pięćdziesiąt dwa metry obiekt robił wrażenie. Jeszcze większe wrażenie zrobiły skalne klify znajdujące się u podnóża latarni.

Takiego typu wybrzeże raczej rzadko można spotkać przy Bałtyku. Widoki bardziej przypominały Irlandię czy Szkocję. Urok psuł trochę wiatr, który próbował powalić nas na ziemię dmuchając jak szalony.

Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża dotarliśmy pod wieczór do Tallinna – stolicy Estonii. Od razu dało się zauważyć, że mieszka tu blisko jedna trzecia ludności Estonii. Tłok na ulicach, jak w każdym dużym europejskim mieście. Trochę dziwnie było wpaść w taki wirnik po tych wszystkich dniach jazdy po bezludziu.

Po dłuższych perypetiach związanych z szukaniem noclegu, udało nam się wreszcie rozpakować i skierować pieszo do centrum. Nocleg mieliśmy tuż obok starych murów obronnych, więc  dotarcie na starówkę zajęło nam kilka minut.

Miasto prezentowało się bardzo okazale. Stara zabudowa oraz mury obronne mieszają się tam z nowoczesnością w bardzo skandynawskim stylu. Niestety chwilę później okazało się, że również ceny są rodem ze Skandynawii. Wypiłem tam chyba najdroższe piwo w historii, które kosztowało jedynie 7,50 EUR! W sklepie pewnie by było taniej, ale było już po godzinie 22 i żaden sklep czy stacja paliw nie mogła sprzedać nic, co miało więcej niż zero procent alkoholu.

W Tallinnie spędziliśmy jeden wieczór, a już nazajutrz jechaliśmy dalej na wschód w kierunku Narwy, gdzie mieliśmy zacząć kierować się do domu.  Po drodze odwiedziliśmy jeszcze dwie ważne atrakcje Estonii – wodospady i bagna.

Wodospadów w tym kraju jest mnóstwo, więc wybraliśmy największy i najwyższy, jako dwa nasze cele. Pierwszy był wodospad Jagala, zwany też estońską Niagarą. Wodospad ma ponad osiem metrów wysokości oraz ponad sześćdziesiąt metrów szerokości. Najbardziej okazały jest podobno wiosną i jesienią. Podczas naszego pobytu woda płynęła tylko połową progu wodnego, ale i tak zrobiło to na nas dobre wrażenie.

W pobliżu wodospadu jest też stara elektrownia wodna, którą oczywiście odwiedziliśmy.

Kilka godzin później penetrowaliśmy już bagna Lahemaa. Jest to olbrzymi obszar, bardzo dobrze przygotowany dla turystów. Kilka tras wytyczonych pośród lasów i bagien, ścieżki tematyczne, wszystko zadbane, czyste i darmowe.

Okolica zrobiła na nas dobre wrażenie, pomimo tego, że bagna były dość mocno przesuszone i dopiero po długim spacerze doszliśmy do pierwszych oczek wodnych.

Dalsza droga po opuszczeniu bagien upłynęła również wśród ciekawych widoków. Różnorodność brzegu morskiego zachwycała. Raz było to płaskie wybrzeże, pokryte różnej wielkości okrągłymi kamieniami wylizanymi przez morskie fale, innym razem woda morska łączyła się wprost z pobliską łąką dając ciekawy pejzaż z zieleni i błękitu.

Ostatnią z zaplanowanych na ten dzień atrakcji był najwyższy wodospad Estonii – Valaste. Był on niestety dość słabo oznakowany, a rzeka, która go tworzy to w zasadzie większy strumyk.

Ten wodospad swoje czasy świetności ma za sobą. Kiedyś był tam pomost widokowy, z którego można było podziwiać spadającą prawie wprost do Bałtyku wodą, jednak konstrukcja przegrała chyba z siłami natury i była zamknięta. Z narażeniem życia zrobiliśmy kilka fotek i pojechaliśmy dalej…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.