Nukus – powiew luksusu

Uzbekistan to kraj, w którym naszym celem były miasta Buchara i Samarkanda, nim jednak tam dotarliśmy trzeba było pokonać znaczny odcinek pustkowia, gdzie nie było domów, ludzi ani stacji paliw. Brak paliwa trochę nas stresował i staraliśmy się lać pod korek benzynę 86 oktan przy każdej nadarzającej się okazji.

Pokonując kilka mniejszych osad dotarliśmy wreszcie późnym wieczorem w okolicę, gdzie zewsząd świeciły neony znane z salonów gier. Noclegu zaczęliśmy szukać, gdy zbliżyliśmy się do centrum miasta Nukus.

Nukus to miasto, które nocą przypominało trochę Las Vegas, zresztą położenie też było podobne – pośrodku niczego. Po przekroczeniu bajecznie oświetlonego mostu, wyrósł przed nami wielki hotel. Obiekt wyglądał bogato, więc stanęliśmy przy nim bardziej, aby dopytać miejscowych o jakiś motel niż w celu spędzenia nocy w luksusach. Na początku podróży takie fanaberie nie są wskazane. Jakież było nasze zadziwienie, kiedy po chwili stał przy nas lokaj i zapraszał do środka. Jak zapraszają to nie odmawiamy. Weszliśmy do pięknego hotelowego holu, a tam szok jeszcze większy. Cena za pokój to sto złotych. Ze śniadaniem! Oczywiście zostaliśmy.

Nasz hotel w Nukus – tutaj jest jakby luksusowo

Po tygodniu jazdy w kurzu i w towarzystwie upału fajnie było się wykąpać w ciepłej, bieżącej wodzie i wyspać na wygodnym łóżku. O stanie naszej higieny mógł świadczyć fakt, że po umyciu twarzy i wytarciu jej w ręcznik, ów biały ręcznik przerobiłem na ciemnoszary. Po umyciu!

Odpuściliśmy sobie wieczorne wędrówki po mieście na rzecz podziwiania widoków z hotelowego balkonu. Lokalne piwo smakowało wybornie. Przy okazji robimy sobie fotki leżąc na pieniądzach. Tak, to właśnie w Uzbekistanie jest to możliwe. Milionerem można zostać tam bardzo szybko, biorąc pod uwagę fakt, że jeden dolar to ponad dziewięć tysięcy uzbeckich som.

„Jestę milionerę”

Pomimo, że pomału zmieniały się warunki jazdy, temperatury, zasady ruchu na drodze i kultura, czuliśmy się tam swojsko. Czy tak działała adrenalina napędzająca nas do dalszej jazdy czy chęć poznawania nowych miejsc? Nie wiem, ale jedno było pewne – już nie pamiętaliśmy o drobnych problemach życia codziennego. Już pochłaniała nas droga.

Nukus za dnia strasznie nas rozczarował. Jak wygasły neony miasto stało się płaskie i pospolite, ale czy Nowy Jork czy Paryż też nie są brzydsze za dnia?

Nukus za dnia – jakoś tak blado

Korzystając z zasobów wifi zaraz po śniadaniu znalazłem nocleg w Bucharze. Motel, który miał na zdjęciach sporo motocykli. Tam przecież musieliśmy być! Powoli zbieraliśmy się do drogi, a torby Zbyszka do motocykla zaniósł lokaj. Luksusy pełną gębą. Szkoda tylko, że lokaj był jeden, a nas dwóch i ja swoje klamoty musiałem taszczyć sam.

Pogoda nadal dopisywała. Żar lał się z nieba. Wszystkie wentylacje w spodniach i kurtce były otwarte, a ciało i tak owiewało ciepełko. Pięćset pięćdziesiąt kilometrów, jakie mieliśmy do pokonania nie przerażało nas zbytnio, a że wyjechaliśmy wcześnie nie spieszyliśmy się zbytnio. Na tym odcinku pierwszy raz pojawił się kłopot z paliwem i Zbyszek musiał dolać to, co miał w kanistrze. Ja czekałem za nim kilka kilometrów dalej, bo cały czas sądziłem, że światła w lusterku to jego motocykl. To nie był motocykl.

Podczas oczekiwania w pojedynkę na poboczu po raz pierwszy miałem kontakt z życzliwością mieszkańców Uzbekistanu. Co jakiś czas ktoś pytał co się stało i czy potrzebna jakaś pomoc. To miłe, że pomimo bariery językowej mieli chęć pomóc.

Chwilę później postanowiliśmy zaryzykować. Pomimo ostrzeżeń MSZ i wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowiliśmy skosztować lokalnych specjałów w przydrożnym zajeździe. Zajazd wyglądał jak lekko zmurszała chałupa. Kuchnia nie miała okien i drzwi. Przed lokalem ustawione były stoły, przypominające nasze łoża małżeńskie.

Stoło – łóżka

Menu niewiele wniosło do sprawy zatem czym prędzej, za przyzwoleniem właściciela udajemy się do kuchni, aby zobaczyć na żywo jak robi się potrawy, które zaraz zjemy i przede wszystkim, co możemy zjeść.

Decydujemy się na zupę oraz pierogi. Do popicia dostaliśmy kwaśne mleko i czaj. Nad wszystkim lata rój wygłodniałych much, czyhających tylko na każdą okazję, aby przysiąść na talerzu. Raz się żyje. Najwyżej dzień później będzie „często, a rzadko”. O dziwo ani tego dnia, ani przez kolejne dni wyprawy problemów gastrycznych nie stwierdzono.

Lokalny obiadek, tuż przed atakiem much.

Nasz wycieczka kulinarna miała jeszcze jeden przystanek. Kupiliśmy w przydrożnej piekarni non – lokalny chleb przypominający pizzę pozbawioną dodatków. Chleby te wypieka się w piecach ulepionych z gliny lub przynajmniej czegoś, co glinę przypomina. Tandyr, bo tak nazywa się ten piec, ma dość spore rozmiary, a opalany jest tym, co akurat jest pod ręką. Najczęściej to jakieś drobne patyczki, trzcina i trwa. Chleby w kształcie placków są klejone do glinianych ścianek i tak się pieką. Smak tego wyrobu przypomina smak placków pieczonych na żeliwnej płycie wiejskiego pieca z ciasta podkradzionego babci, podczas wyrabiania makaronu na rosół.

Posileni obiadem i zaopatrzeni w chleb jechaliśmy dalej w kierunku Buchary – miasta, które jako pierwsze w Azji miało nas prawdziwie zachwycić.  

Powiązane

Pozostaw komentarz