Pamir – odpalamy motocykle i w drogę!

– To co, może Astana w Kazachstanie? – powiedzieliśmy jeden do drugiego.

Te słowa wypowiedziane dwa lata temu były zalążkiem największej motocyklowej przygody w jakiej miałem przyjemność uczestniczyć. Ten wyjazd miał być po prostu „naj” od samego początku. Najdłuższy, najciekawszy, najbardziej na Wschód…

Początkowy plan zakładał jazdę poprzez Rosję i Kazachstan do Astany (obecnie Nur Sultan) i powrót podobną trasą. Miał to być prezent urodzinowy na nasze czterdzieste i pięćdziesiąte urodziny, dlatego pojechaliśmy we dwójkę, mimo spływających kilka razy propozycji dołączenia do ekipy ze strony naszych znajomych.

W ramach rozmów przy piwie i mapie padło hasło, że może warto by objechać Pamir zamiast oglądać jedynie mocno przerysowaną architekturę stolicy Kazachstanu. Ostatecznie stanęło na tym, że pojechaliśmy przez Ukrainę, Rosję, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan objeżdżając środkową Azję i zataczając wielkie koło.

Po kilkunastu miesiącach oczekiwania nadszedł wreszcie ten dzień – piętnasty maja – to dzień startu naszej wyprawy. Wizy w Rosji miały zacząć obowiązywać trzy dni później, więc mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby dotrzeć do granicy Ukrainy i Rosji.

Niestety nie dane nam było ruszyć przy pięknej pogodzie. Po krótkim pożegnaniu z rodziną Kalisz zostawiliśmy za sobą w deszczu. Skierowaliśmy się do granicy z Ukrainą w okolicach Lublina z planem dojazdu do Kowela.

Pierwsze dni jazdy traktowaliśmy raczej tranzytowo i jak najszybszą trasą chcieliśmy dotrzeć na miejsce pierwszego noclegu. Dłuższy postój czekał nas jedynie na granicy, gdzie była jak zazwyczaj dramatyczna kolejka. Dopytaliśmy celnika, co możemy z tym zrobić i poradził przejazd pobliskim, małym przejściem. Faktycznie poszło tam lepiej i już po godzinie byliśmy w kraju naszych sąsiadów.

W Kowelu zajechaliśmy do ładnego hotelu, gdzie po chwili zajadaliśmy przepyszną kolację, zapijając lokalnym samogonem. Bardzo sympatyczna obsługa wypytała nas o plan podróży i towarzyszyła w rozmowach do późnych godzin.

Ranek okazał się mniej łaskawy. Lekki dyskomfort odczuwalny po przedawkowaniu samogonu przesunął nasz wyjazd o kilka godzin. Mieliśmy sporo czasu na ułożenie trasy na bieżący dzień.

Trasa w zasadzie ułożyła się jednak sama. W kierunku Kijowa wiedzie jedna główna droga, na dodatek prosta jak strzała. Dobrej jakości nawierzchnia i pustka sprawiła, że tempo mieliśmy bardzo dobre. Już wczesnym popołudniem dojechaliśmy do Kijowa, gdzie przystopowały nas olbrzymie korki. Przedarcie się przez miasto wycieńczyło nas na tyle, że zrezygnowaliśmy ze zwiedzania i zatrzymaliśmy się na nocleg w przydrożnym hotelu kilka kilometrów dalej.

Podczas postoju okazuje się, że Zbyszka Yamaha ma małą awarię – pociekło przednie zawieszenie. Na szczęście powodem był nadmiar oleju i już godzinę później motocykl był gotowy do dalszej podróży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.