Dzień ósmy 11.08.2014
Wstajemy. Krótkie spojrzenie przez okno utwierdza nas, że zamek Drakuli stoi jak stał. Pogoda piękna, jest słonecznie i ciepło. Po śniadaniu rozpoczynamy pakowanie i podziwiamy kolekcję naklejek na kufrach GS-a jaki zaparkował tuż obok mojej TDM-y. Ten bajker objechał już kawał świata.


Krótkie spojrzenie na mapę i ustalamy, że jedziemy w kierunku jeziora „Lacul Bicaz”, bo chcemy wreszcie umoczyć dupska w jakimś kąpielisku. Trasa niezbyt długa, bo zaledwie trochę ponad dwieście kilometrów, więc jest nadzieja, że trochę będzie można się poopalać.
Spory kawałek drogi jest dość nudny. Droga gładka, prawie pusta, pogoda na piątkę, mało zakrętów. Dopiero po dłuższym czasie znów zaczynają się góry.
Najpierw są to lekkie pagórki, ale już w oddali widać ciekawszy kawałek drogi. Zanim tam wjechaliśmy robimy krótki przystanek, gdzie zaprzyjaźniamy się z psem pasterskim oraz chrabąszczem wędrującym po łące. Widok z zatoczki postojowej ładny, jednak znów porażająca ilość śmieci leżących zaraz przy drodze.
Po oddaniu się czynnością fizjologicznym i uzupełnieniu płynów ruszamy dalej w kierunku gór.
Po kilkudziesięciu kilometrach znów jesteśmy (my faceci) w swoim żywiole. Zakręty coraz lepsze, strome podjazdy. Jazda robi się bardziej zróżnicowana i przyjemna.
Kolejny postój robimy u szczytu jednego z podjazdów. Dziewczyny marudzą coś o nadmiarze zakrętów i za dużych prędkościach – cóż trzeba to jakoś przeboleć. Kwadrans odpoczynku w cieniu i ruszamy dalej w stronę celu.
Wkrótce docieramy do pierwszej atrakcji tego odcinka – jeziora Lacu Rosu. Ciekawostką „Czerwonego Jeziora” umiejscowionego w dolinie między górami jest bardzo duża ilość drzew, które zostały zatopione w wodzie oraz woda o charakterystycznej, rudej barwie (stąd pewnie nazwa). Wynegocjowaliśmy darmowy parking na czas zrobienia paru fotek, co wykorzystujemy.
Dalsza trasa robi się coraz ciekawsza. Coraz więcej skał i wyższych gór. Po kolejnych kilkunastu minutach docieramy do wąwozu Bicaz. Miejsce to nie jest może tak popularne wśród motocyklistów jak Transalpina czy Transfogaraska, ale równie warte uwagi.
Ten odcinek drogi łączącej region Transylwanii z regionem Moldova zachwyca skałami otaczającymi drogę, które wydrążyła płynąca dołem rzeka Bicaz, a których wysokość miejscami sięga trzystu metrów. Przepiękne miejsce.
Urok przejazdu przez wąwóz psuje nam trochę wlokący się w przodu autokar z przyczepą. Z racji nachylenia drogi i ciasnych zakrętów, miejscami prawie się zatrzymujemy jadąc w korku. Z drugiej strony jest jednak na co patrzeć zatem czasu nie marnujemy.
Po przejechaniu wąwozu droga staje się trochę gorsza, więc nie można przesadzać z prędkością. Podążamy dalej w kierunku jeziora Lacul Bikaz.
Do jeziora dojeżdżamy po kilkudziesięciu kilometrach i zatrzymujemy się na tamie. Robimy krótki odpoczynek w cieniu zaprzyjaźniając się z bezdomnymi psami, które są nam niesamowicie przyjazne i do tego bardzo ładne.
Ustalamy, co robić dalej, bo trzeba szukać noclegu. O dziwo nad jeziorem nie ma zbyt dużo kwater czy campingów. Postanawiany jechać wschodnią częścią zbiornika i tak poszukać miejsca do spania.
Podczas naszego odjazdu podjeżdża polska para na motocyklu. Wymieniamy kilka zdań i postanawiają jechać za nami. Nasze drogi jednak dość szybko się rozchodzą, bo parka skręca na pobliski camping, a my lecimy kawałek dalej. Kawałek dalej – tak nam się tylko zdawało, bo żeby znaleźć kwaterę przejeżdżamy ze trzydzieści kilometrów, a na dodatek nie ma tam miejsc. Spotykamy za to kolejną parę z Polski. Tym razem jadą samochodem, ale równie serdecznie nas pozdrawiają.
Po kolejnych kilku kilometrach znajdujemy przyjemny pensjonat z możliwością zakupienia posiłku i garażem dla naszych maszyn. Zostajemy.
Po rozpakowaniu ruszamy jeszcze tylko na chwilę poszukać sklepu. Jesteśmy na totalnym końcu świata, więc nie jest to łatwe. Instynkt podpowiada, żeby szukać w wiosce koło kościoła. Tam też jest faktycznie sklepik i bar w jednym.
W środku gromada ludzi z okolicy pijących piwo i nie rozmawiających w żadnym innym języku poza rumuńskim. Chyba po raz pierwszy porozumiewamy się za pomocą gestów, min i machania rękoma. Skutkuje to zakupem dwóch butelek Coca Coli z etykietą z Wielkanocy (przypominam – mamy sierpień). Te kilka miesięcy leżakowania coli chyba nie zrobiło jej nic złego. Dopiero na kwaterze doczytujemy, że chodziło o Wielkanoc w roku 2013. No cóż – widać coli tam piją mało.
Jeszcze tylko kolacja w towarzystwie białych kotów, zjedzona na tarasie i idziemy spać. Z kąpieli w jeziorze zrezygnowaliśmy widząc przy brzegu metrowy kożuch składający się z pływających butelek, folii itp. Trochę żal, że śmieci w tak pięknych miejscach nie trafiają do kosza tylko do wody.
Jako wieczorną atrakcję można jeszcze zaliczyć konie, które ponownie widzimy po zmroku, jak przechadzają się jezdnią.

Powiązane

Pozostaw komentarz