Rumuńskie ostatki – dzień jedenasty

Ostatni poranek w Rumunii wita nas słoneczną pogodą. Jest to jakieś pocieszenie po upalnej nocy spędzonej z milionem komarów w pokoju. Wstajemy wcześnie rano z planem dotarcia jak najdalej w kierunku domu.

Jedziemy w kierunku Satu Mare – miejsca, gdzie miała rozpocząć się nasza przygoda z Rumunią. Docieramy tam po niedługim czasie i robimy ostatnie zakupy za pieniądze jakie zostały nam w gotówce. Pogoda cały czas dopisuje. Z nieba nieprzerwanie grzeje ostre słońce. Na parkingu przy markecie robimy śniadanie – takie posiłki stały się tradycją. Po posiłku ruszamy w kierunku granicy. Satu Mare postanowiło jednak przytrzymać nas w swych objęciach dłużej. Fatalnie oznakowany wyjazd z miasta zmusza nas do krążenia przez dobrą godzinę.

Puszczając pod kaskami wiązanki słów uznanych za obraźliwe docieramy wreszcie to trasy wiodącej w kierunku Węgier. Po drodze jeszcze raz czy dwa dopytujemy miejscowych o drogę i wreszcie udaje nam się wyjechać z Rumunii. Węgry traktujemy jako kraj tranzytowy i przelatujemy go bez większych emocji (być może niesłusznie). Robimy jedynie przerwę na tankowanie. Co ciekawe w pewnym momencie zaczyna zmieniać się pogoda i na odcinku kilkudziesięciu kilometrów temperatura odczuwalnie spada. Z Polski dochodzą do nas wieści o strasznej, deszczowej pogodzie.

Po jakimś czasie docieramy do Słowacji. Niestety ten kraj już po kilkudziesięciu kilometrach wita nas deszczem. Początkowo wydaje się przelotny, więc stajemy na stacji benzynowej w otoczeniu słowackich bajkerów w oczekiwaniu aż minie. Lekko się przejaśniło, więc ruszamy dalej. Wkrótce deszcze zmienia się w ulewę. Nie zamierzaliśmy nocować w Słowacji zatem jedziemy dalej z nadzieją, że za górami przywita nas bezdeszczowa Polska. Niestety tak nie było. Z każdym kilometrem jest gorzej.

Zmasakrowani przez deszcz docieramy wreszcie do pierwszej polskiej stacji, gdzie tankujemy paliwo i pijemy kawę. Tutaj też zapada decyzja, że szukamy noclegu. Przemoczeni i zmarznięci nie damy rady dalej jechać. Stajemy w jednym z przydrożnych hoteli i czujemy, że jesteśmy w kraju – w kraju, w którym rzeczywistość opisywał Stanisław Bareja. W pokoju jest telewizor, bo przecież to obecnie standard. Jest tylko jedno małe „ale” – przewód zasilający telewizora zawieszonego na półce pod sufitem nie starcza do gniazdka, które jest na ścianie. W drugim z pokoi dekoder i telewizor są zasilone, ale nie działają, bo pilot nie ma baterii. Przy próbie wzięcia prysznica zasłona spada na głowę a jakość kabiny jakby rodem z poprzedniej epoki. Cały ten „all inclusive” mamy za jedyne sto złotych, czyli trzykrotność kwoty płaconej w Rumunii, gdzie standard był zdecydowanie lepszy.

Postanawiamy jakoś przeżyć tę noc i rano ruszamy dalej. Tego dnia plan jest prosty – lecimy w kierunku domu i tam będziemy dziś spać choćby nie wiem co…

Powiązane

Pozostaw komentarz