Tadżykistan – niełatwy wjazd w góry

Samarkandę opuściliśmy w deszczu, żeby nie powiedzieć w ulewie. Na szczęście przeciwdeszczowe ciuchy zapewniały nam komfort. Im dalej jechaliśmy w stronę granicy, tym deszcze stawał się słabszy. Zmieniał się też krajobraz. Suche stepy Uzbekistanu zamieniły się z zielone łąki i pola uprawne. Ogromne płaskie przestrzenie ustępowały widocznym, na razie z daleka górom. Robiło się coraz bardziej ciekawie. Drogi też zaczęły skręcać, coraz mocniej wijąc się w dolinach i wspinając na wyżyny. Przygoda wzywała nas pełną piersią!

Nasz plan przewidywał dojazd do Duszanbe, a granicę przekraczaliśmy w pobliżu miasta Pandżakent. Kilkadziesiąt kilometrów dojazdu do przejścia granicznego przejechaliśmy bardzo sprawnie. Na szczęście – z uwagi na deszcz – odprawa odbywała się w budynku, a motocykle zostawiliśmy pod dachem.

W małym pokoiku z dwoma celnikami, z których jeden trochę mówił po angielsku dopełniliśmy formalności. Wszystko poszło o dziwo bardzo sprawnie, a przez wciąż padający deszcz nikt nawet nie przejrzał naszych bagaży i kazano nam jechać dalej. Ruszyliśmy, ale na szczęście zatrzymano nas kilkaset metrów dalej do ostatniej kontroli, nim otworzyły się wrota do Tadżykistanu. Na szczęście, bo okazało się, że paszport, który mam w kieszeni to dokument Zbyszka, a on nie ma żadnego. Chwila strachu, bo gdzie zatem jest mój paszport? Szybko zawróciłem, czym wpędziłem w osłupienie idącego do nas żołnierza. Dzięki Bogu celnicy mieli mój paszport i bardzo przepraszali, za pomyłkę. „Śmieszno i straszno”, jak mawiają Rosjanie. Wina była po obu stronach, bo tak nam się dobrze gadało, że dokumenty zeszły na drugi plan.

Zaraz za bramą, którą otwarto kilka minut później czekali już na nas ludzie wymieniający waluty. Ciekawy jest fakt, że przelicznik u cinkciarzy jest znacznie lepszy niż ten w banku. Zaopatrzeni w walutę ruszyliśmy dalej w kierunku gór. Jako ciekawostkę, mogę wspomnieć, że waluty ani razu przez cały miesiąc podróży nie wymieniliśmy w banku czy kantorze.

Pierwszy widok na góry Tadżykistanu

Jakość dróg w Tadżykistanie była znacznie lepsza niż tych, którymi podróżowaliśmy przez ostatnie dni. Równy asfalt i kręte drogi. Gdyby tylko nie ten deszcz… Kiedy wreszcie wjechaliśmy w góry, okazało się, że ulewa narobiła trochę bałaganu. Skały odpadające po kawałku zalegały na trasie, a od czasu do czasu roztopiona glina lub błoto sprawiały, że jechało się jak po lodzie. Nie było w tych warunkach trudno o poślizg i trzeba było skupić całą uwagę na prowadzeniu motocykla.

W wielu miejscach musieliśmy ustępować miejsca samochodom osobowym i ciężarówkom, które jechały naszym pasem z uwagi na lawiny błota i kamieni leżące na ich pasie. Co jakiś czas atrakcji dopełniały stada owiec przeganiane ulicą z pastwiska na pastwisko. Nasze motocykle i ciuchy były rude od rozwodnionej czerwonej gliny.

W tych niełatwych warunkach dojeżdżaliśmy do pierwszej wysokiej przełęczy na naszej trasie. Przekroczyliśmy barierę dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza i dojechaliśmy do tunelu anzobskiego – oficjalnie nazwanego Istiqlol.

Ten tunel to jeden z czarnych punktów na światowej mapie dróg. Kilka kilometrów drogi, wydrążone w litej skale. Brak oświetlenia, odwodnienia, wentylacji czy dróg ewakuacyjnych. Po prostu wjeżdża się w czarną dziurę i z duszą na ramieniu pokonuje kolejne metry w oczekiwaniu na pojawienie się światła po drugiej stronie tunelu. Powietrze z każdym pokonanym kilometrem robiło się coraz bardziej gęste. Spaliny gryzły w gardło i osadzały się na kombinezonie. Mijanka z ciężarówką przysparzała sporo emocji.

Tunel ten nigdy nie został oficjalnie oddany do użytku. Firma, która go robiła wydrążyła skałę i tyle. Nie sprawdzono nawet warunków środowiskowych i tunel regularnie zalewają wody deszczowe i gruntowe.     

Po drugiej stronie góry napotkaliśmy zimę. Temperatura oscylowała w okolicach zera, a zieleń łąk zamieniła się w biały śnieg. Korzystając z chwili na postoju obok wyjazdu z tunelu łapaliśmy tlen pełną piersią i przecieraliśmy czarne od sadzy twarze. Jeszcze tylko krótka pogaducha z Kirgizami, którzy byli ciekawi skąd i dokąd jedziemy i ruszyliśmy dalej.

Piękno okolicznej przyrody towarzyszyło nam do samego Duszanbe. Ośnieżone szczyty i zielone łąki w dolinach. Rzeki przewalały ogromne ilości żółtej od deszczu, rwącej wody. Na kilku górskich szczytach widać było złoża węgla tlące się i dymiące z oddali. Podobno węgiel ten zapala się samoczynnie od czasu do czasu, a z uwagi na wysokość jego wydobycie jest zupełnie nieopłacalne.

Pomimo, że jechaliśmy asfaltem, przejazd tego odcinka był jednym z trudniejszych na tej wyprawie. Mokro, ślisko, ciasno na drodze i do tego te wciąż spadające skały zalegające pod kołami. Trzeba było mieć się na baczności, ale właśnie takie momenty zapamiętuje się z każdego wyjazdu. „Im gorzej, tym lepiej” to przecież hasło przyświecające każdemu wyjazdowi. Zapamiętaliśmy także gesty ludzi na poboczach, którzy na nasz widok przykładali prawą rękę do serca, dając w ten sposób do zrozumienia, że serdecznie nas pozdrawiają. Jako pierwsza taki gest wykonała staruszka stojąca przy drodze tuż po przekroczeniu przez nas granicy Tadżykistanu, później spotykaliśmy się z nim jeszcze wiele razy.  

Do Duszanbe wjechaliśmy, gdy zapadała już ciemność. Miejsce w motelu zarezerwowałem już wcześniej, gdy byłem w zasięgu sieci wifi, więc jechaliśmy pewnie do celu. Niestety – co później okaże się regułą – nawigacja wskazała miejsce, gdzie nie było naszej miejscówki. Do dzisiaj nie wiemy dlaczego tak się działo, ale większość noclegów z booking.com miała błędnie ustawione lokalizacje i za każdym razem gps doprowadzał nas do miejsca oddalonego czasem dwa a czasem pięć kilometrów od motelu.

W Duszanbe pomocy udzieliła nam przechodząca ulicą dziewczyna, która świetnie mówiła po angielsku, ustaliła położenie naszego noclegu i wskazała adres taksówkarzowi, który dzielnie doprowadził nas do celu. Tutaj kolejna niespodzianka – motel zamknięty i nikogo nie ma w środku. Po kilku minutach bezskutecznych prób dostania się do środka przenosimy się kilkaset metrów dalej i bazujemy w City Hostel.

Ten motel można śmiało polecić tym, którzy kierują się do Tadżykistanu. Właściciel to bardzo uprzejma i ciekawa osoba. Przy każdej okazji do rozmowy opowiadał o swoim kraju i miejscach, które warto zobaczyć. Polaków bywało u niego niewielu i jak wspomniał były to głównie osoby zdobywające wysokie szczyty gór Pamiru.

Dzień zwieńczyliśmy kolacją w małym, lokalnym barze, kosztując tadżyckich specjałów. Niebawem wszystkie lokale zamieniły się w miejsca modlitwy z uwagi na trwający ramadan, a miasto powoli zaczęło zasypiać.

Powiązane

Pozostaw komentarz