VI Edycja Kociego Rajdu – awaryjnie, ale wesoło

VI Edycja Kociego Rajdu – awaryjnie, ale wesoło

23 maja wraz z gromadką przyjaciół wziąłem udział w Kocim Rajdzie. Jego szósta edycja była dla mnie pierwszą, ale od początku… Zapisu na rajd dokonałem przez internet. Tym samym sposobem zaklepałem dwa domki dla naszej gromadki. Namówiłem kilkoro znajomych i tak oto składem sześciu osób ruszyliśmy w trasę.

Z Kalisza ruszyliśmy około 7.30 – oczywiście sporo później niż zakładaliśmy. Mieliśmy mimo wszystko spory zapas, żeby załapać się na start. Po przejechaniu dwudziestu paru kilometrów pierwsza niespodzianka – wciskam sprzęgło, a sprzęgła brak. Pierwsza myśl: cholera, przecież wczoraj to sprawdzałem. Okazuje się, że niestety pękła nie linka a jej mocowanie przy sprzęgle. Detal, który nie ma prawa się zepsuć – widać on tego nie wiedział.

Całą sytuację ratuje spawarka pożyczona w salonie Skody jaki był po drugiej stronie ulicy. Dobrze, że czasem lubię sobie sam furtkę czy stelaż pod akwarium wyspawać – przydała się ta umiejętność. Ruszamy dalej po około 30 minutach. Ustalamy, że robimy postój na MOP-ie na obwodnicy Wrocławia. Po około godzinie zgodnie z planem zjeżdżamy na parking a chłopaki machają coś do mnie. Po minucie wiedziałem co mają na myśli.

Lewa noga zalana płynem chłodniczym, a pod motocyklem kałuża po kilku sekundach postoju. Myślę sobie, że przegrzałem moto i płyn wywaliło przez zbiorniczek… niestety jest gorzej. Po rozłożeniu motocykla (TDM to strasznie upierdliwa pod kątem serwisu maszyna) okazało się, że przetarła (!) się obudowa termostatu. Takie rzeczy się nie dzieją, ale to już chyba drugi taki przypadek tego dnia. Rozkładam moto dalej, a chłopaki jadą na Orlen po klej epoksydowy. Wracają po dłuższej chwili, zaklejam dziurę i lecimy dalej.

Na start rajdu docieramy po godzinie 11, ale udaje nam się wystartować. Ruszamy zatem na trasę, gdzie nie możemy znaleźć ani jednego punktu kontrolnego. Wracamy po kilka razy w to samo miejsce. Jedziemy dalej i też nic. Żadne skrzyżowanie nie pasuje do mapki jaką dostaliśmy. Po dłuższym czasie spotykamy kilku bajkerów i podpytujemy o trasę, ale oni jadą w przeciwną stronę. Zrezygnowani jedziemy zjeść pizzę.

Przy jedzeniu ustalamy, że trzeb znaleźć choć jeden punkt, ale w międzyczasie informujemy organizatorów, żeby na nas nie czekali na punktach. Tak się pogubiliśmy, że nie znamy czasu powrotu. Najedzeni ruszamy dalej i standardowo błądzimy. Po kolejnym postoju uznajemy, że lecimy w kierunku „głównej” i odpuszczamy szukanie punktów. Trasa jest bardzo malownicza i kręta. Urok psuje trochę piasek na zakrętach. Po niedługim czasie docieramy na metę i bierzemy udział w konkursach, żeby złapać kilka punktów.

Wkrótce dowiadujemy się, że wyjeżdżając z bramy należało jechać w lewo a nie w prawo tak, jak my… cóż, to dlatego nic się nie zgadzało. Śmiechu było co niemiara. Chwilę później ruszamy przestawić motocykle pod domki. To znaczy chłopaki ruszają, bo ja nie mogę odpalić. Do trzech razy sztuka, ale to już przesada. Motocykl przepchnięty pod domek zostaje po raz trzeci rozłożony. Tym razem padły świece. Na szczęście mam jeszcze komplet z wypadu do Rumunii i szybko podmieniam je na zapasowe.

Motocykl odpalił, a ja wreszcie otwieram piwko i mogę się zrelaksować. To nie koniec pecha na ten dzień, Wkrótce okazuje się, że ktoś odnalazł mój zestaw głośnomówiący, który wyczepił się z kasku podczas przepychania moto. Wieczór upływa w miłym towarzystwie. Popijamy piwko i gadamy chyba do północy. Nocka upływa szybko i strasznie zimno. Śpimy tak, jak staliśmy otuleni kołdrami, mimo to każdy z nas się telepie z zimna. Ranek wita nas słońcem więc postanawiamy ruszać na trasę stu zakrętów w pobliżu Kudowy Zdrój. Mkniemy piękną okolicą pokonując kolejne zakręty i docieramy do Radkowa – miejsca, gdzie zaczyna się wspomniana wyżej trasa.

Droga stu zakrętów nie pozwala nam może na rozwinięcie prędkości kosmicznych, ale jest bardzo malownicza, a zakręty są dość ostre i wymagające. Wkrótce docieramy do Kudowy Zdrój, gdzie robimy przerwę na obiad i gdzie mamy spotkać się z kolejnymi znajomymi jadącymi z Kalisza. Po godzinie oczekiwania ruszamy w kierunku Kłodzka i dociera do nas info, że będzie kolejny (czwarty) serwis w ten weekend. Tym razem pękła linka przy Hornecie.

Sytuacje z linką ratuje mój zapas schowany w kufrze przed wyjazdem do Rumunii. Po godzinie postoju ruszamy dalej w kierunku domu. Wieczorem byliśmy już w domu. Weekend upłynął bardzo ciekawie, a sam rajd i jego organizacja bardzo nam się podobała za co chwała bajkerom, którzy przyłożyli do tego ręki.

Powiązane posty

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image