Wielka woda i Góra Krzyży

Rozpoczynamy powrót. Narwa była punktem, gdzie skończyliśmy oddalać się od domu i zaczynamy jechać w kierunku Polski. Oczywiście powrót nie może odbyć się bez atrakcji, zatem mamy w planach odwiedzenie jeszcze kilku punktów.

Pierwszy z nich to jezioro Pejpus (jezioro Czudzkie), zbiornik przez który przebiega granica między Estonią a Rosją. Jezioro to znałem głównie z opisu przydrożnych punktów sprzedających suszone i wędzone ryby, naszym celem było zatem zakupienie porcji tego przysmaku.

Deszcz jak co dzień dawał się we znaki, jednak po niedługim czasie zaopatrzeni w porcje wędzonych płoci wylądowaliśmy nad brzegiem jeziora. Jeziora… ten akwen z brzegu bardziej przypomina morze. Stojąc przy wodzie nie sposób dopatrzeć się drugiego brzegu. Całe jezioro ma ponad trzy i pół tysiąca kilometrów kwadratowych. Dla porównania nasze Śniadrwy to zaledwie sto trzynaście kilometrów kwadratowych!

Pejpus to chyba jedyne do tej pory jezioro przy którym widziałem latarnię morską (jeziorową?). Przy ponad stu czterdziestu kilometrach długości i pięćdziesięciu szerokości obecność takiego obiektu jest jednak całkiem logiczna.

Okolica jeziora, pomimo że to teren przygraniczny zachęca do biwakowania. Umiejscowione nieopodal brzegu grille i zadaszone stoliki, zadbane miejsca pod namiot, tylko wszechobecne ostrzeżenia o żmijach psują lekko klimat.

Potęga wody przyciągnęła wkrótce jedną z największych ulew, jakie mieliśmy okazję przeżyć podczas całego wyjazdu. Kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż jeziora pokonujemy w grubym deszczu, który przez zużyte już lekko deszczówki i buty, których membrany jakby zapomniały o swej roli przenika nas do samej skóry.

Przecinając Estonię i kawałek Łotwy w poprzek kierujemy się do małej, ale bardzo przyjemnej miejscowości Sigulda, gdzie spędzamy noc. Rano w bardzo miłej atmosferze jemy śniadanie w pobliskiej restauracji i ruszamy w kierunku Góry Krzyży na Litwie.

Startujemy przy bardzo ładnej, słonecznej pogodzie , jednak ten stan rzeczy oczywiście nie trwa długo i już po kilkudziesięciu minutach wkładamy na siebie deszczówki. Deszcz i silny wiatr na przemian umilają nam trasę, na szczęście do celu nie mamy zbyt dalekiej drogi. Kilka chwil po dojechaniu do parkingu deszcz na jakiś czas ustaje, dając nam szanse zwiedzania.

Góra Krzyży to wyjątkowe miejsce. Chyba nie jest tu ważne jak mocno i w co się wierzy. Ogrom krzyży i ich różnorodność musi zrobić wrażenie na każdym.

Według historii w to miejsce zaczęto znosić krzyże tuż po powstaniu w roku 1831. Około trzydzieści lat później ilość krzyży zaczęła masowo rosnąć z uwagi na carski zakaz umieszczania ich przy drogach czy nawet na cmentarzach.

Góra kilkukrotnie też stawiała opór komunistycznej władzy i po jej całkowitym zniszczeniu w 1961 roku odbudowywała się w coraz to większej formie. Ludzie na przekór władzy znosili krzyże nocami narażając się na represje.

Również wizyta Papieża Jana Pawła II w 1993 wpłynęła na wzrost popularności tego miejsca wśród wiernych.

Obecnie na górze znajduje się ponad sto tysięcy krzyży różnej wielkości i kształtu. Mnóstwo jest krzyży polskiego pochodzenia. Z łatwością odnajdujemy krzyże składane za czasów Solidarności i przemian ustrojowych w Polsce.

Wrażenie robią wyczytane z krzyży intencje, daty, kształty, a przede wszystkim ilość tych symboli religijnych wykonanych z drewna, stali, kamienia lub szkła.

Każdy, kto chce może na pobliskich stoiskach zakupić krzyż i ustawić go na górze we własnej intencji. Wrażenie psuje nieco jakość niektórych dewocjonaliów, które są najpewniej wykonane przez skośnookich rzemieślników, ale takiego stanu rzeczy nie da się już chyba uniknąć w żadnym zakątku świata.

Wracamy do motocykli i ruszamy w kierunku Wilna. Może tym razem zdążymy przed deszczem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.