Wjazd do Kirgistanu

Najwyższa przełęcz na jakiej kiedykolwiek byliśmy, ta która była naszym celem, zaliczona. To przecież jednak nie koniec wyprawy. W dalszym ciągu jechaliśmy na Wschód, kierując się wzdłuż chińskiej granicy na przejście graniczne z Kirgistanem. Z oznaczonych wcześniej na mapie atrakcji mamy przed sobą jeszcze Czarne Jezioro, Kara-kul.

Polska nazwa wywodzi się z tłumaczenia, jednak w żaden sposób nie oddaje koloru wody tego zbiornika. Jezioro było pięknej barwy. Odbijały się w nim pobliskie szczyty górskie i leżący na nich śnieg. W oddali królował nad wszystkim Szczyt Lenina – najwyższa góra w tej okolicy, a w pobliżu przechadzały się włochate krowy. Co ciekawe powierzchnia tego olbrzymiego jeziora była jeszcze częściowo pokryta lodem.

Kara-kul to zbiornik wody usytuowany na wysokości ponad 3900 m n.p.m., jego powierzchnia to 380 km kwadratowych, a głębokość dochodzi do 250 metrów. Może to właśnie ta bezkresna głębokość miała wpływ na określenie „czarne jezioro”?

Po kilku kilometrach jazdy wzdłuż brzegu jeziora docieramy do ostatniego miasteczka przed granicą. Miasto przypomina miasto duchów. Nikogo na ulicach i w okolicach domów, jedynie anteny satelitarne na dachach sugerują obecność ludzi.   W oddali po prawej widzieliśmy tylko wojskowych i teren ogrodzony drutem kolczastym.

Kierowaliśmy się dalej, w kierunku przełęczy dzielącej Tadżykistan i Kirgistan. Górska, szutrowa droga smagana wiatrem wydmuchującym lekki piasek, zaczęła przypominać tarkę. Motocykle drżały tak, że można było pogubić plomby z uzębienia. Nie pomagało przyspieszanie czy zwalnianie, drgawki były nieustanne. Po kilkunastu kilometrach stało się to nie do zniesienia i całkiem psuło nastrój.

Jechaliśmy z nadzieją, że droga wreszcie się zmieni i stało się to tuż przed przejściem granicznym. Tam żwirową tarkę zastąpiło pośniegowe błoto ze znanej już nam wcześniej czerwonej gliny. Dla przypomnienia – jedziemy cały czas tranzytową drogą międzynarodową!

Przejście graniczne, które ukazało się naszym oczom przyprawiało o zdumienie. Rozpadająca się buda, trochę w oddali wielka blaszana hala i kolejna poklejona buda, a między tym wszystkim kałuża wielkości jeziora. W pierwszym budynku wita nas celnik i kałasznikow. System komputerowy zastępował tam zeszyt w kratkę. Nasze dane zostały wpisane w kolejnej linii, wcześniej skrupulatnie odciętej od reszty, linią wyrysowaną długopisem.

To przejście, to miejsce przerzutu olbrzymiej ilości narkotyków wysyłanych do Azji Centralnej i Europy. Ciekaw jestem w jaki sposób ów zeszytowy system wspomaga prewencyjną pracę celników? Nie było czasu na wyjaśnienie tego tematu, bo do pokonania mieliśmy masę wody i błota, dzielące nas od ostatecznej odprawy w ostatniej budce. Ta błotna breja byłaby trudna do pokonania jakimkolwiek samochodem osobowym. Motocyklem było to nie do zrobienia, więc po kilku minutach za cichym przyzwoleniem celnika objechaliśmy halę kontroli bokiem, po trawie i podjechaliśmy do ostatniego posterunku. Tam kolejny zeszyt i już za moment mogliśmy kontynuować wyprawę jadąc pasem ziemi niczyjej do granicy Kirgistanu.

Droga nie była najlepszej jakości, bo gliniastą nawierzchnię rozmywały potoki wody z topniejącego śniegu. Opony momentalnie się zaklejały, a motocykl tańczył freestyle nawet na prostej. Tak zjeżdżaliśmy przez kilkanaście kilometrów do Kirgistanu. Po drodze spotykamy trójkę Niemców, naprawiających przebite koło. To jedni z niewielu motocyklistów, jakich w ogóle spotkaliśmy w Pamirze.

Przejście graniczne po stronie Kirgistanu wyglądało na bardziej cywilizowane. Solidne budynki i budka celnicza przy szlabanie wjazdowym. Przed nami było dwóch motocyklistów, chyba z Holandii. Zwyczaj nakazywał zdjąć buty przed wejściem do biura, gdzie dawało się paszporty do stemplowania. Zgodnie ze zwyczajem, w pojedynkę i w samych skarpetach weszliśmy do biura. Miły celnik pogadał chwilę, przystawił stempel i kazał nawet na swojej szafie przykleić pamiątkową naklejkę. Po około godzinie ruszyliśmy dalej, szukać noclegu, bo wieczorny chłód już było czuć na plecach.

Droga z gliniastej stała się wreszcie asfaltowa. Postanowiliśmy szukać miejsca do spania w pierwszej miejscowości na trasie, do której mieliśmy od granicy jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Na to, że wymienimy pieniądze na lokalną walutę raczej nie było szans. Żyliśmy nadzieją, że za lokal zapłacimy dolarami i jakoś da się załatwić nocleg.

Trafiliśmy do jednego z domków, gdzie przemiła gospodyni udostępniła nam do spania pokój, który wyglądał na używany na co dzień przez jej rodzinę. Dostaliśmy też grzejnik, który bardzo się przydał tej nocy, był straszny ziąb. Udało się zapłacić dolarami i do tego wymienić też trochę gotówki na lokalną walutę. Wkrótce w to samo miejsce dojechali spotkani na granicy Niemcy, pogadaliśmy trochę, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać telepiąc się z zimna. Przecież wokół mieliśmy zaśnieżone górskie szczyty, nie mogło być ciepło.

Pozostaw komentarz