Wjazd do Rosji

O poranku zjedliśmy śniadanie i pomału zebraliśmy się do dalszej drogi. W planie mieliśmy dojazd do granicy z Rosją, aby dzień później na spokojnie przedostać się na drugą stronę. Po drodze kupiliśmy jeszcze klucz do przedniego zawieszenia oraz olej silnikowy na dolewki. Zaopatrzeni ruszyliśmy trasą M02 w kierunku Rosji.

Droga niczym nie odbiegała od tej, którą znaliśmy z dnia poprzedniego. Z każdej strony wielkie połacie pól, z których większość leży odłogiem. Asfalt równy, brak zakrętów, postsowieckie krzaki po lewej i prawej, które zasłaniają krajobraz oraz znikomy ruch – straszna nuda.

Jazda w tych warunkach przypominała trochę tranzyt po niemieckiej autostradzie w drodze na alpejskie winkle. Takie odcinki na długiej wyprawie są czasem bardzo pomocne. Pozwalają zebrać do kupy myśli, zaplanować niektóre kwestie. Następuje pełne odprężenie umysłu.

Pogoda sprzyjała, jazda szła zgodnie z planem. Te pierwsze dni napawały optymizmem i rozwiewały pomału niepewność, jaka towarzyszyła nam chwilę przed wyjazdem i w pierwszych jego chwilach.  

Popołudniem docieramy do miasteczka Głuchów, mieszczącego się kilkadziesiąt kilometrów przed rosyjską granicą. Wcześniej zarezerwowałem miejsce w jedynym chyba hotelu w mieście, który staraliśmy się odnaleźć. Hotel z zewnątrz przypominał bardziej budynek szkoły, więc za pierwszym razem go minęliśmy i dopiero przy drugim okrążeniu miasta trafiamy do celu.

Nasz hotel

Szybko ulokowaliśmy się z pokojach, wypiliśmy po piwku i ruszyliśmy zwiedzać to małe miasto o bogatej historii. Kiedyś to miasto było w granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a prawa miejskie nadał król Władysław IV Waza.

Na wjeździe do miasta stoi Brama Kijowska, a nad centrum dumnie prezentują się kopuły cerkwi z XVII i XVIII wieku. Samo miasteczko nie jest zbyt wielkie, ale życie toczy się tu intensywnie. W centrum i w parku przewijało się mnóstwo ludzi.

Cerkiew Św. Mikołaja

Wieczór zakończyliśmy w hotelowej restauracji, która zaskoczyła nas mocno swym wystrojem. Takiego przybrania stołów próżno szukać nawet w drogich restauracjach w Krakowie czy Warszawie.

Zgodnie z planem osiemnastego maja dotarliśmy na granicę Ukrainy i Rosji. Pomimo tego, że te dwa kraje nie darzą siebie od jakiegoś czasu sympatią przeprawa przez granicę niczym nie różniła się od innych. No może tylko bardziej uwagę celników przykuwały wszelkie noże, linki stalowe i metalowe elementy naszego ekwipunku.

Z Ukrainy udało się wyjechać w kwadrans, później tylko trochę ponad dwie godziny na rosyjską papierologię i już byliśmy w drugim kraju na naszej trasie. Ci ciekawe tutejsza celniczka wypełniła za nas wszelkie deklaracje celne, co nie zdarzyło mi się ani wcześniej, ani później podczas wjazdu do Rosji.

Po odprawie sprawnie ruszyliśmy w kierunku Kurska oraz Woroneża, gdzie zamierzaliśmy spędzić noc. Po rosyjskiej stronie drogi stały się zdecydowanie lepsze niż ostatnie kilkadziesiąt kilometrów Ukrainy. Manetki odkręciliśmy ciut mocniej, jednak nasz zapał skutecznie blokowały fotoradary rozstawione co kilka kilometrów i w każdym terenie zabudowanym. Dopiero później nas uświadomiono, że ich fotoradary nie były dla nas groźne. Bardzo dobrze, bo do kolekcji zdjęć z podróży doszłoby przynajmniej kilkanaście odbitek.

Jeśli chodzi o widoki, to te w Rosji niewiele odbiegały od ukraińskich. Pasy zieleni po obu stronach drogi i ogromne pola tuż za nimi. W Rosji te pola były jednak uprawiane, a zaorane połacie były tak wielkie, że trudno szukać miedzy pomiędzy nimi. Przecież w tym kraju wszystko jest większe, nawet tory kolejowe.

Z czasem trafiliśmy na bardziej zieloną okolicę, gdzie zamiast pól uprawnych pojawiły się pokryte trawą pagórki i doliny jakby po meandrach wyschniętych rzek, wszystko to miało jednak zbyt delikatne kształty jak na koryta wyryte przez płynącą wodę. Skąd taki krajobraz do końca nie wiemy.

Przed zmrokiem dotarliśmy do Woroneża i rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Byliśmy offline, bo koszt roamingu w Rosji to koszmar, a kartę sim można tu kupić tylko w oficjalnych sklepach danej sieci komórkowej, które to sklepy dawno już były zamknięte.

Po kilku kółkach w pobliżu obwodnicy miasta udało nam się znaleźć ostatni wolny pokój w przydrożnym motelu. Motocykle zaparkowaliśmy pod oknami, część gratów została na ich grzbietach, bo nie chciało nam się tego nosić. Tego wieczoru na kolację zajadamy też po raz pierwszy coś na kształt uzbeckiego płaskiego chleba – non.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.