Wołgograd – zderzenie z historią i… komarami

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Wołgogradu – miejsca, znanego wcześniej jako Stalingrad, gdzie rozegrała się jedna z największych bitew drugiej wojny światowej. To miejsce mocno zapisało się w historii i byliśmy ciekawi co z tego okresu pozostało do dziś, jako przestroga dla potomnych.

Przed dalszą podróżą posililiśmy się w przydrożnej budzie jedząc samsę w kilku odmianach i popijając herbatą z samowaru. To pierwszy posiłek w stylu uzbeckim, który już za niedługo stał się dla nas standardem żywieniowym.

Pogoda wciąż dopisywała, podobnie jak nasze humory. Pełni optymizmu ruszyliśmy na wschód, aby do wieczora pokonać blisko sześćset kilometrów dzielące nas od celu. Droga pomimo, że trochę bardziej urozmaicona niż w ciągu poprzednich dni, wciąż nie powalała atrakcyjnością.

Równy rosyjski asfalt, co jakiś czas remontowany, pasy zieleni po lewej i prawej i od czasu do czasu wioska lub nieduże miasteczko. Kilometry schodziły dość szybko, ale upał i nuda strasznie nas zamulały.

Na jednym z przystanków w trasie zdarzyła się ciekawa historia. My Polacy sądzimy, że Rosja to kraj, gdzie pije się na umór, otóż ten mit trochę mija się z prawdą. Wiedzieliśmy o tym już po wizycie w Murmańsku i Petersburgu rok wcześniej. W tym roku okazało się, że te opowieści o pijaństwie działają w dwie strony. Jeden ze spotkanych Rosjan wspominał czas, kiedy pracował w Polsce i był zapraszany na domowe imprezy. Przerażenie w jego oczach pozostało do dziś w związku z ilością oferowanej wódki, zakąszanej ogórkiem i kanapką.      

Do Wołgogradu dotarliśmy późnym popołudniem. W pierwszej kolejności podjechaliśmy pod dworzec, gdzie chcieliśmy zrobić kilka fotek z flagą promującą nasze miasto. Podczas tej sesji spotykamy pierwszego podczas tego wyjazdu Polaka. To inżynier pracujący kiedyś w Kazachstanie, a obecnie w Rosji. Dłuższą chwilę spędzamy na pogaduchach, przy okazji szukając noclegu.

Ze wspomnianym noclegiem był niemały problem. Większość hoteli była albo zajęta, albo cena zwalała z nóg. W trakcie tych poszukiwań zajeżdżamy omyłkowo nawet do szpitala, gdzie mieściła się… porodówka. Wreszcie wieczorem trafiamy na nocleg, gdzie mogliśmy pozostać.

Po rozpakowaniu nasze kroki skierowaliśmy do olbrzymiego pomnika Matki Ojczyzny, których w Rosji i krajach byłego ZSRR jest kilka. Pomnik stoi na wzgórzu dumnie królując nad miastem, Wołgą i pobliskim stadionem piłkarskim wybudowanym na mistrzostwa świata.

Matka Ojczyzna Wzywa

Jeśli ktoś jest kibicem i śledził losy mistrzostw, to pamięta też pewnie, że Rosjanie mieli problem z natrętnymi komarami, które opanowują miasto w ciepłych miesiącach. My problem komarów odczuliśmy na własnej skórze już po chwili wędrówki.

Od owadów nie szło się odegnać, a problem dla mieszkańców miasta jest chyba całkiem spory, jeśli nawet chłodnice w samochodach mieli osłonięte siatką z drobnymi oczkami, aby zatrzymać krwiopijców.

Stojąc u stóp Matki Ojczyzny można było podziwiać panoramę miasta i okoliczne pomniki. Szczególne wrażenie zrobił na nas wieczny ogień płonący w sali z wypisanymi nazwiskami ofiar bitwy pod Stalingradem. Warto przypomnieć, że ta walka pochłonęła kilkaset tysięcy ludzkich istnień.    

Wieczny Ogień

Już po zmroku wróciliśmy do hotelu. To miał być ostatni wieczór w Rosji, a kolejnego dnia w planach mieliśmy wjechać do Kazachstanu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.