Wyschnięte Morze Aralskie

Wyschnięte Morze Aralskie

Spod bram Bajkonuru, po napełnieniu zbiorników paliwem, ruszyliśmy w kierunku Aralska, chcąc zobaczyć na własne oczy największą katastrofę ekologiczną XX wieku – wyschnięte Morze Aralskie. Ten jeszcze kilkadziesiąt lat temu potężny zbiornik wodny, dziś pomimo prób jego ratowania jest tylko już tylko symbolem fatalnej gospodarki rolnej Związku Radzieckiego. Krótkowzroczni ludzie pod naporem Stalina, chcąc zrobić ze stepów żyzne pola uprawne, zagrabili wodę z dorzecza zasilającego morze, doprowadzając do obecnego stanu. Widok portu, czy morskich radarów stojących teraz kilkadziesiąt kilometrów (!) od wody dają do myślenia.

Aralsk to jedno z miast jakich wiele w Kazachstanie. Dość rozległe, pozbawione wysokiej zabudowy. Niegdyś port rybacki, obecnie to już tylko historia, o której przypominają polityczne banery rozwieszone w mieście.

Postanowiliśmy ruszyć w poszukiwaniu morskiego brzegu, jednak po przejechaniu ponad dwudziestu kilometrów i rozmowie z lokalną ekipą spożywającą alkohol przy szutrowej trasie odpuściliśmy. Okazało się, że do wody trzeba jechać około osiemdziesięciu kilometrów. Słońce było wtedy już coraz bliżej horyzontu i na powrót przed zmrokiem raczej nie moglibyśmy liczyć. Obejrzeliśmy zatem tylko wielkie, morskie radary i stepy będące kiedyś dnem morskim, na których przy odrobinie szczęści można doszukać się muszelki, po czym wróciliśmy do miasta.

Zatankowaliśmy motocykle i postanowiliśmy zostać na noc w hostelu, który był zaraz obok stacji. Podwórze, kilka pokoi i miła atmosfera upewniły nas w tym postanowieniu. Tam też poznaliśmy Olgę, jak się później okazało żonę Polaka – Mariusza, który chwilę później dołączył do rozmowy.

Niezmiernie miło było usłyszeć nasz język po kilku tygodniach w trasie. W moment się dogadaliśmy i dalsza część wieczoru upłynęła na niekończących się opowieściach, zakrapianych polskimi trunkami, które Mariusz wyjął z bagażnika swego auta.

Tamten wieczór trwał długo. Na tyle długo, że niestety alkomat nie pozwolił nam wyjechać skoro świt. Okazało się też, że jedziemy w tym samym kierunku, co Mariusz z Olgą więc umówiliśmy się na spotkanie sześćset kilometrów dalej w Aktobe.

Długa, prosta droga dzieliła nas od następnego celu. Po wpisaniu docelowego miasta, nawigacja rzekła do mnie „skręć w prawo za pięćset dwadzieścia kilometrów”! Strasznie nudna trasa przebiegała przez totalne bezludzie. Trudno było nawet spotkać zabłąkanego wielbłąda. Za towarzysza mieliśmy jedynie olbrzymią burzową chmurę, która przez większość trasy była po naszej lewej stronie. Na całe szczęście była w bezpiecznej odległości, nie zagrażając komfortowi naszej jazdy.

Burza, to coś czego trochę się baliśmy. Jak i gdzie się przecież schować przez piorunem, jeśli wokół idealna płaszczyzna, a my i nasze motocykle to jedyne pionki do ewentualnego trafienia? Na tle stepów taka chmura budzi grozę. To nie to samo, co widzieć burzę, nawet taką największą z perspektywy miasta, gdzie budynki i drzewa rozmywają jej obraz. Na tak olbrzymiej połaci burzowa chmura, to ciemna, niemal czarna ściana, co jakiś czas rozrywana błyskiem pioruna uderzającego w przypadkowy cel.

Ta trasa poza rekordową prostą, była też rekordowym odcinkiem bez stacji paliw. Dopiero po około czterystu kilometrach udało nam się ponownie zatankować. A na stacji standard – napotkany człowiek na wieść, że przyjechaliśmy z Polski zaczął gadać do nas po niemiecku. Skąd ten pomysł nie wiem, ale to był już któryś raz, kiedy próbowano się z nami porozumieć w tym języku. Po krótkim sprostowaniu, że w Polsce mówimy po polsku, a nasza waluta to złotówki, a nie ruble, ruszyliśmy dalej.

Do Aktobe dotarliśmy późnym popołudniem. Zgodnie z umową, nasi nowi znajomi odebrali nas spod hotelu i poprowadzili do miejsca, gdzie następnie zostawiliśmy motocykle. Oczywiście na tym się nie skończyło. Nie dane nam było iść spać, gdyż zaplanowane już było spotkanie towarzyskie, na które i my zostaliśmy zaproszeni. Przy stole zasiedli Rosjanie, Kazachowie, Turek i my, Polacy. Biesiadne rozmowy znów trwały do późnej nocy. Takie właśnie spotkania to najlepsze chwile każdej wyprawy. W taki sposób można poznać historie, jakich nie zobaczy się w TV czy nie wyczyta w gazetach. Taka integracja pozwala poznać lokalne zwyczaje, ale też zwykłe, ludzkie problemy mieszkańców odwiedzanych miejsc.  

W Aktobe zostaliśmy trzy dni, podczas których oglądaliśmy miasto świeżo naszykowane na wizytę kandydata na prezydenta. Dziwne to były praktyki. Krawężniki umalowano na biało, a przy drogach sadzono kolorowe kwiatki. Sadzono je przy czterdziestostopniowym upale! Zupełny bezsens i pokazówka dla politycznego lidera. Te kwiaty padły jeszcze podczas naszego pobytu w mieście.

W poniedziałek z rana podziękowaliśmy za gościnę i ruszyliśmy w stronę Uralska, ostatniego miasta w Kazachstanie, jakie odwiedziliśmy przez wjazdem do Rosji. Nie muszę chyba wspominać, że droga znów była prosta i straszliwie nudna. Kazachstan to olbrzymi i ciekawy kraj, ale przejazd z miasta do miasta to dla pragnącego zakrętów motocyklisty totalny koszmar.

W Uralsku podjechaliśmy do hotelu w centrum miasta, gdzie stacjonowała już spora drużyna sportowców. Zaciekawieni motocyklami zaczęli z nami rozmawiać w czasie, kiedy doprowadzano do porządku pokój, który wynajęliśmy. Z rozmowy wynikły ciekawe wnioski, że w Kazachstanie miasto mające pięćdziesiąt kilometrów średnicy to małe miasto, a jeśli do centrum jest dziesięć kilometrów, to jest to niedaleko. No cóż, nie tylko odległości między miastami są tam duże.

Po pół godzinie nasz pokój był gotowy. Posprzątany. Przynajmniej tak nam powiedziano, bo obraz jaki zobaczyliśmy sprawił, że odebrało nam mowę. Na podłodze walały się włosy i sierść jakiegoś stworzenia, niewiele lepiej wyglądały nasze łóżka. Pożółkłe prześcieradła i poplamione poszewki zmusiły nas do użycia własnych śpiworów. Widocznie dane nam było zaliczyć ostatni nocleg w standardzie, jaki mieliśmy podczas pierwszej nocy w Kazachstanie.

W Uralsku zaliczyliśmy jeszcze strzyżenie włosów. To akurat zaskoczyło nas bardzo miło. Za około dziesięć złotych można było mieć krótsze włosy i umytą głowę, jeśli się tylko taką chęć wyraziło. Jak to w życiu bywa bilans musiał być jednak zachowany i chwilę później zjedliśmy najgorszą pizzę, jaką tylko jadłem w życiu. Uwierzcie na słowo, że najtańsza mrożona pizza z Biedronki smakuje lepiej, nawet jak się ją przypali. Po tych wszystkich kulinarno – bytowych atrakcjach wypiliśmy po dwa piwa i poszliśmy spać. Następnego dnia mieliśmy opuścić Kazachstan. Licznik mojego motocykla dobił do 99 000 kilometrów.

Powiązane posty

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image