Dzień siódmy, 10.08.2014

Wstajemy około ósmej rano ze świadomością, że zaczynamy powrót. Ten moment prędzej czy później ale musiał nastąpić. Słońce dość mocno przygrzewa, więc szybko uwijamy się ze śniadaniem i pakowaniem. Żegnamy miłego gospodarza i ruszamy w kierunku zamku w Bran– przecież nasza wyprawa ma za cel odszukanie Draculi.

Wyjazd z Bukaresztu bez szczegółowej mapy miasta i bez GPS zajął nam długie minuty i sprawił, że stan liczników przebiegu wzrósł o dobre kilkadziesiąt kilometrów. Znaki kierujące na wyjazd z miasta po prostu kończyły się w jednym miejscu i trzeba było jechać na nosa.

Wreszcie trafiamy na właściwą trasę, na której byliśmy już kilka razy jak się okazało. Zostawiamy za sobą stolicę Rumunii i wracamy w góry! Początkowa droga jest strasznie nudna. Równo, szeroko, prosto i gorąco jak cholera. Dopiero sporo kilometrów za Ploiesti znów zaczyna się robić ciekawiej. Wracają w zasięg naszego wzroku coraz większe pagórki oraz droga mocniej zaczyna się kręcić.

Wraz z coraz ciekawszą drogą pojawia się też coraz więcej samochodów. Niestety jest weekend, a my jedziemy przez miejscowości lubiane przez Rumunów jako miejsce wypoczynku. Dobrze, że mamy tylko dwa koła i jedną oś, co pozwala nam na jazdę środkiem drogi i pomiędzy samochodami. Z pakunkami i w dwie osoby nie jest to może super łatwe i przyjemne, ale zawsze lepsze od stania w korku. Nawet napotkana kilka razy policja kierująca ruchem przymyka oko na nasze wyczyny.

Niecałe dwieście kilometrów trasy z Bukaresztu do Bran mija szybko i już wkrótce jesteśmy u podnóża zamku Drakuli. Wokół zamku mnóstwo ludzi i samochodów. Ruch jak na Krupówkach, „atrakcyjność” tego miejsca też podobna.

Zaczynami szukać noclegu, jednak cena jaką usłyszeliśmy na początku zwala z nóg. Sto sześćdziesiąt euro za nockę to przegięcie. Zaczynamy nawet rozpatrywać opcję rozbicia namiotów, jakie ze sobą taszczymy przez całą podróż, okazało się jednak, że nie będzie to konieczne. Zaledwie kilometr od zamku znajdujemy kwaterę w bardzo ładnym pensjonacie i płacimy sto sześćdziesiąt złotych i to za dwa pokoje. Lokalizacja super i do tego widok na zamek.

Po krótkim odpoczynku ruszamy na podbój zamku. Ludzi sporo i trochę jarmarkowa atmosfera u jego podnóża, decydujemy się jednak na inwestycję dwudziestu złotych na bilet wstępu.

Zamek dość mały. Odmalowany w środku na biało zawierał może kilka ciekawych elementów, ale całokształt lekko rozczarowuje. Chyba niepotrzebnie każdy z nas i innych odwiedzających nastawił się na mroczny klimat rodem z hollywoodzkich produkcji.

Z racji gabarytów obiektu jego zwiedzanie poszło szybko, a niedosyt został zrekompensowany przez skansen wsi rumuńskiej, jaki znajduje się poniżej zamku. Można tam zobaczyć chaty z różnych epok i regionów Rumunii. Wszystko to wzbogacone jarmarkiem z lokalnymi (!) wyrobami z ceramiki czy drewna. Takie klimaty lubię bardziej niż wyprzedaż chińskich gadżetów z wizerunkiem wampira.

Będą na zamku dostrzegliśmy też nieopodal imprezę z muzyką, grillami i piwem, więc nie mogliśmy tego opuścić. W ten sposób kilka minut później byliśmy na rumuńskim wydaniu Octoberfest. Choć miesiąc i lokalizacja nie były zgodne z pierwowzorem było bardzo miło. Potrzebowaliśmy tylko pomocy podczas zamawiania lokalnych dań, bo nikt z nas nie wiedział co oznaczają napisy w menu napisanym w lokalnym języku. Tuż po tym, jak nawiązaliśmy kontakt z lokalesami zostaliśmy obdarzeni wielgachnymi porcjami jedzenia.

Tego dnia jeszcze raz udaliśmy się w okolice zamku w godzinach wieczornych. Wypiliśmy po piwku, zrobiliśmy zakupy i już na kwaterze ustaliliśmy dalszy plan jazdy.

Powiązane

Pozostaw komentarz